Urodziny

0

Posted by Naat | Posted in praca, proza zycia :P | Posted on 26-05-2009

Dziś są urodziny Dalili, więc z Pedro poszliśmy kupić jej prezent -  chciałam kupić coś wcześniej, ale Pedro stwierdził, że tutaj zawsze kupują prezent tego samego dnia. Camila też się dołożyła i wyszła z tego torebka i naszyjnik z bansoletką. Gdy wróciliśmy ok. 12.00, szef wezwał mnie do pokoju Barbary - poszłam tam, opórcz nich był jeszcze Tiago (Chiqui) z częsci 3D (czyli nie ten, który siedzi obok mnie - to Simoes). Paulo siedział zrezygnowany na krześle i wyznał, że… ZAPOMNIAŁ o urodzinach Dalili! Straszane rzeczy… :P W jego przypadku to nic dziwnego, ciągle o wszystkim zapomina, tyle ma rzeczy na głowie. W każdym razie powiedział, że “nie mamy żadnego prezentu”, więc mu powiedziałam, że coś tam mamy, bo nasza trójka już coś kupiła. Na co on: “Och wspaniale! Bo przecież nie można było poczekać na wszystkich i razem kupić czegoś dużego i fajnego, tylko jakieś pierdoły… Jak ja tego nie lubię, że ludzie nie mogą czegoś zrobić wspólnie” itd. w tym stylu. Pomyślałam: Halo? Masz do nas pretensje, że coś kupiliśmy, a sam dopiero o 12.00 w dniu urodzin się zorientowałeś, że wypadałoby dać prezent? Poza tym - to już powiedziałam - ja tu jestem nowa i nie wiem jakie są zwyczaje. “No tak, tak, ja nie mam do ciebie pretensji, tylko to reszty… W każdym razie, oto co zrobimy - weźmiesz aparat i nagrasz teraz wszystkich po kolei jak składają Dalili życzenia, a potem na koniec dnia, jak już będzie chciała iść do domu, to jej to damy i powiemy, że to materiał do montażu od klienta i ma być zrobione od zaraz, ona się zirytuje, otworzy a tam niespodzianka”. Powiedziałam, że super, tylko jak to zrobimy, skoro ona cały czas siedzi z nami wszystkimi. Paulo powiedział, że po lunchu wyśle ją pod jakimś pretekstem gdzieś na dłużej i wtedy to zrobimy.
Zapytałam, czy ma ładowarkę do aparatu, bo wczoraj sprawdziłam, że baterie nadal, od piątku gdy je wykończyłam w MSA, są rozładowane. Tak - wziął ładowarkę, ale co się okazało - pomylił się i wziął nie od tego apratu. Więc oczywiście poleciało kilka “fodasse” i “fuck” i znalazł rozwiązanie - mam teraz iść do FNAC (taki portugalski Empik, z tym, że jest tam też sprzęt elektroniczny w stylu komputer, aparaty i kamery) i kupi nową ładowarkę do baterii, to rozwiąże problem na zawsze, bo wtedy on będzie jedną miał w domu a druga będzie w firmie. Dał mi swoją kartę kredytową i pin(!) i poszłam na misję… Okazało się niestety, że we FNACu nie mają ładowarek, które by ładowały baterie do TEGO aparatu - w końcu to nie byle Canon, tylko 5D Mark II… Sprzedawca powiedział, że spodziewają się takich ładowarek pod koniec tygodnia (jasne..), więc zapytałam, czy zna inny sklep w okolicy, w którym bym mogła zapytać, powiedział mi o dwóch. Poszłam do pierwszego, ale też nie mieli takich ładowarek, a drugiego sklepu nie znalazłam, pomimo, że obeszłam niemal całą Baixa. Wróciłam do firmy i z Barbarą usiłowałyśmy znaleźć coś w sklepach internetowych, które mają siedzibę w Lizbonie - Barbara zadzwoniła do dwóch i w obu jej powiedzieli, że te ładowarki sprzedaje się tylko z aparatem. Widocznie jeszcze nie było na tyle dużego zapotrzebowania, żeby Canon zaczął je produkować i sprzedawać oddzielnie, bo jednak nie każdego stać na ten aparat.
W międzyczasie ludzie w firmie zaczęli wychodzić na almoço - wszyscy mieliśmy iść do Caldas uczcić urodziny Dalili. Na miejscu złączyliśmy stoły i oprócz jedzenia zamówiliśmy sangriję. Dokoła stołu na zasadzie głuchego telefonu poszła wiadomość, że po skończeniu tutaj, mamy iść do Nene, pastelarii na esplanadzie (czyli na rua Augusta - głównym deptaku), bo tam będzie “tort”. Wcześniej ludzie mi opowiadali, że jak ktoś ma urodziny, to Barbara (potem od niej się dowiedziałam, że to nie ona tylko Paulo) załatwia tort, który dostarczają do Caldas. W Nene jednak nie było de facto tortu… tylko piramida ułożona z gofrów z 25 świeczkami. Ale gofry były naprawdę dobre - są trochę inne niż polskie, bardziej “mięsiste”, cięższe i oczywiście, jak wszystko w Portugalii ;P - słodsze.

Po powrocie do firmy ładowarka już czekała, więc włożyłam do niej baterie i czekałam, aż szef wyśle gdzieś Dalilę… ale nic takiego nie nastąpiło. Więc po 18 wyszliśmy w kilka osób i poszliśmy najpierw na kieliszek ginji do baru tak małego, że tylko kupuje się kieliszek likieru i wychodzi na ulicę, a potem do Casa do Alentejo - to podupadający pałac, w którego salach znajdują się restauracje. Dziedziniec wewnętrzny robi wrażenie - można poczuć się jak w Maroku wśród tych drewnianych maswerkowych dekoracji i palm - ale jak wejdzie się na piętro z knajpami (”restauracja” to w sumie zbyt prestiżowe słowo) to widać, że wszystko jest mocno zniszczone, z rzeźbionego sufitu odpada tynk, woleliśmy też nie siadać pod wielkim kryształowym żyrandolem, w obawie, że może spaść :P Szkoda, że nie wzięłam ze sobą aparatu tego wieczora. Usiedliśmy w knajpie, która teoretycznie podawała “tapas”, bo praktycznie to była namiastka tapas[klik!]: sery, oliwki, chleb, jajecznica, cieciorka, plastry wędzonej szynki jako przekąski do wina i piwa. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i około północy poszliśmy do domu.

Post a comment

You must be logged in to post a comment.