Zadomawiam się

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, proza zycia :P | Posted on 05-06-2009

Ten tydzień upłynął bardzo miło. W poniedziałek kupiłam kilka rzeczy do pokoju… i we wtorek…i w środę też… i wczoraj… :P To działa na zasadzie - jest przerwa na lunch, Delila, Camila lub Pedro proponują pójście na spacer (ostatnio wolimy zjadać w pracy, niż chodzić do Caldas, bo jak się tam zje ten gigantyczny almoço, to po powrocie do pracy przez kolejną godzinę-dwie się zasypia na siedząco z powodu nagłego ataku glukozy ;P ). A spacer po Baixa = wchodzenie do sklepów…a tu jest kilka sklepów z fajnymi rzeczami do domu i często są one w promocji i kosztują 2 euro, więc człowiek myśli “O, tylko 2 euro!” i tak z kilkoma rzeczami, a potem w kasie wychodzi 10 euro. No ale teraz mój pokój wygląda bardzo przytulnie (bo w niedziele wieczorem wydawał się trochę pusty) i pomimo, że jest ciemny, to przyjemnie w nim posiedzieć. Pożyczyłam nieużywaną lampę z firmy, kupiłam turkusowy polarowy koc jako narzutę na łóżko, szal ze sklepu chińskiego w charakterze serwety na stół :>, dywanik za 5 euro też w chińskim (w normalnym sklepie 20) - a wygląda całkiem jak z Ikei :D i parę innych niezbędnych rzeczy, jak lusterko (w chińskim 2,50, a takie samo w Casa widziałam za 7) i kosz na śmieci i takie tyci woreczki z kuleczkami zapachowymi do szafy ^”^ i… no dobra, nie będę zanudzać :P

W środę Pia powiedziała, że wychodzi i zapytala czy chcemy iść z nią - mnie i Eduardo, bo akurat my byliśmy w domu. Poszliśmy do baru, dzgieś w okolicach Rossio, który jest urządzony w mieszkaniu, w którym jest dużo pokoi. Wszystko wygląda dość…jak mieszkanie właśnie, czy raczej coś pomiędzy mieszkaniem a barem, bo nie jak 100% bar ;) W pokojach stoją fotele, kanapy i ławy, ale ludzie najchętniej siedzą na balkonie. Wszystko wygląda mocno “alternatywnie”, choć Eduardo określił to “stylem hippie”, bo przychodzą tam tylko studenci a la hippisi, rasta i szaleni ekolodzy, przy tym sporo jest “wiecznych studentów” i naprawdę człowiek czuje się, jakby wszedł do czyjegoś domu na imprezę, a nie do knajpy.

Pia została tam dłużej, a my w dwójkę wróciliśmy do domu. Po drodze dowiedziałam się, że to mieszkanie jest własnością Eduardo i Santiago, kupili je rok temu, bo nadarzyła się okazja - było tanie jak na jego powierzchnię i miejsce w którym się znajduje. Ale żeby je utrzymać i spłacać dług chłopaki wynajmują wszystkie pokoje, sami mieszkają w jednym, z tym, że ma on duży balkon, który jest zabudowany oknem, więc to jakby drugi mały pokój.

A wczoraj poszliśmy (Pia, Patricia, Eduardo, kolega Eduardo, oczywiście nie zapamiętałam imienia, i ja) na jantar za 3 euro do fundacji Gaja. Wydaje mi się, że to ta sama Gaja, która działa w Polsce, to chyba organizacja międzynarodowa. Ideą tego obiadu jest, że wszyscy gotują go wspólnie, potem jedzą a na koniec każdy zmywa po sobie. Więc aby uniknąć pomagania w gotowaniu, jak tylko weszliśmy to usiedliśmy w pokoju, w którym z rzutnika wyświetlali na ścianie film :P Nie widzieliśmy od początku, ale od czego jest google - film pod tytułem “A Hard Rain”, reżyser David Bradbury - zaangażowany w ruch antynuklearny w Australii; jest to dokument o zagrożeniach jakie niesie wydobycie uranu w Australii i ogólnie o tym, że energia atomowa jest zła. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że przykładowo pzy wydobyciu uranu zużywa się ogromne ilości wody, w filmie podali, że kopalnia Olympus Dam w ciągu jednego dnia zużywa do 35mld litrów wody! Jak to podsumowała jedna francuska studentka, którą poznaliśmy dzień wcześniej w barze (oczywiście nie pamiętam imienia…): “A nam wmawiają, żebyśmy zakręcacli kran jak myjemy zęby, żeby oszczędzać wodę…”. Poza tym nie zdawałam sobie sprawy, że przy produkcji energii atomowej są tak wielkie odpady poprodukcyjne, które w dodatku są przez długi czas mocno radioaktywne. A taka fundacja Gaja, czy nawet wszystkie prywatne osoby na świecie, to sobie dużo mogą wobec tych gigantów - fabryk i kopalni, wobec tych miliardów euro i dolarów, którymi obracają ich dyrektorzy i g*** ich obchodzi, że pod ich biurowcem garstka zielonych protestuje. Te protesty nic wg mnie nie dają, rządzą pieniądze i tyle. Ogólnie strasznie to niepocieszające…. :S Neville Brody miał rację - cieszę się, że żyję teraz a nie za 100 lat.

Po filmie ustawiliśmy się na końcu dłuuuugiej kolejki do stołu gdzie dawali jadło - bo słowo “jadłodajnia” najbardziej tu pasuje :> Na obiad była kasza kukurydziana z kawałkami kapusty (tzn. kapuścianych głąbów, żebyście nie pomyśleli, że liści :D), czarna fasola duszona w sosie z papryką i znikoma ilość surówki (liść sałaty i kilka plastów ogórka, za to obficie podlane oliwą). Ale jakkolwiek źle by to brzmiało - było bardzo dobre (może dlatego, że byłam już bardzo głodna i wtyd przyznać, ale podczas tego 1,5-godzinnego filmu, zamiast myśleć o nuklearnych zagrożeniach czyhających na naszą planetę, tylko patrzyłam gdzie i kiedy rzucą ten jantar :P). Był nawet deser! Arroz doce - słodki ryż, robiony na mleku z cytryną i posypany cynamonem - posypka była w kształcie czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami, bo była to część kampanii przeciwko żywności modyfikowanej genetycznie. Arroz kosztował “co łaska”, więc złożyliśmy się po 1 euro i kupiliśmy większą miskę. Na koniec zostało pozmywać po sobie i to była jedyna niemiła chwila, bo woda w miskach, które służyły do mycia była już mocno zużyta :P No i toaleta w tym miejscu też do najprzyjemniejszych i najczystszych nie należy. Ale właśnie! Co do miejsca to cały osobny temat…
Poszliśmy piechotą przez te gorsze dzielnice, czyli Anjos, prawie zahaczając o Intendente, potem do Martim Moniz (dzielnica Hindusów i Cyganów) i stamtąd do Mouraria, także biednej okolicy. Weszliśmy przez podwórko, w którym mieści się też siłownia (pakerzy nieco podejrzliwie na nas patrzeli, pewnie mają skojarzenia z szalonymi ekologami :P ) do budynku, który okazał się być…jakimś zdewastowanym pałacem! W środku wielkie sale, jeden z pokoji przerobiony na podrzędną pastelarię, wszystko starsznie zaniedbane, zakurzone, ale co za klimat ;) A toaleta brudna i deska w damskim zamontowana tak, że nie można jej “na stałe” otworzyć - ciągle opadała.

A kiedy wychodziliśmy, usłyszeliśmy… orkiestrę! Była północ, przeszliśmy jakimś strasznie wąskim korytarzykiem, a potem wąskimi schodkami na wewnętrzne betonowe podwórze - po bliższym przyjrzeniu się okazało się być boiskiem z trybunami - nic dziwnego, że Portugalia ma takich dobrych piłkarzy ;P I na tym boisku odbywała się właśnie próba jakiegoś chodzonego układu choreograficznego, przygotowywanego na zbliżające się “Santos” czyli dzień patrona Lizbony - Santo Antonio. Co mnie uderzyło - to byli ludzie z tzw. warstw niższych, którzy pewnie większość czasu spędzają przez telewizorem, a jednak proszę - zorganizowali się i zaangażowali w przygotowanie występu na defiladę…. I tak jest we wszystkich dzielnicach, taki lokalny patriotyzm, każde “bairro” szczyci się tym występem, robią transparenty, a nawet jednakowe (krzykliwe i kiczowate:P) stroje. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce, gdzie człowiek nawet nie zna swoich sąsiadów, a jak zna, to - jak w “Dniu świra” - obgaduje go i źle życzy (wiem, że to przesadne ougólnienie, ale raczej szczycimy się naszym (pseudo)indywidualizmem niż przystosowaniem społecznym, a Kargul i Pawlak to niemal narodowe ikony:P )

Nom…. ogólnie to cieszę się, że trafiłam do tego domu, bo panuje tu bardzo przyjazna atmosfera i jest tak… “erasmusowo” ;)

Post a comment

You must be logged in to post a comment.