Sabado (sobota):
Planowalysmy pojechac do stolicy najwczesniejszym autobusem - o 7.00, ale jako, ze poszlysmy spac kolo 5.00/6.00 to zdazylysmy na autobus o 9.30 - wiec w Lizbonie bylysmy ok. 11.00. Zostawilysmy walize i torbe w przechowalni bagazu (2,50?/dzien), niestety punkt jest otwarty tylko do 18.00, ale postanowilysmy sie tym martwic pozniej. Przeszlysmy na stacje metra, ktora jest tuz obok (wszyscy szli w tym kierunku ;P) i potem stracilysmy inwencje tworcza co do kierunku, w ktorym sie udac. Zorientowalysmy sie, ze jestesmy obok ZOO, o ktorym wspominal nam Jose, przeszlysmy wiec na druga strone baaardzo szerokiej ulicy, na ktorej chyba przejscia dla pieszych nie istnieja, i znalazlysmy sie przed wejsciem do ogrodu, i bardzo tam smierdzialo ;P Staralysmy sie isc w strone slonca - to byla kolejna rada Jose: zawsze starajmy sie isc w storne rzeki, ktora jest *zazwyczaj* na poludniu ;P). Skonczylo sie na tym, ze weszlysmy w jakies osiedle a potem znow do wielkiej ulicy… i juz myslalam, ze zrobilysmy kolko i znow wyladujemy na dworcu, kiedy okazalo sie, ze dotarlysmy do reprezentacyjnej ulicy z samymi hotelami, restauracjami i bankami (Avenida dos Combatantes), ktora doszlysmy do Praça de Espanha (Plac hiszpaski). Tam skontaktowal sie z nami Jose, powiedzial nam jak dojechac metrem do stacji Cais do Sodre, gdzie bedzie na nas czekal.
W miedzyczasie poszlysmy do pieknego Ogrodu Gulbenkian. Posiedzialysmy troche w miejscu, gdzie znajduje sie scena, na ktorej akurat odbywal sie trening capoeiry i otoczyly nas golebie… Ogrod jest czescia kompleksu Muzeum Calouste Gulbenkiana, armenskiego biznesmana, ktory zyl w latach 1869-1955, dorobil sie na interesach z ropa ogromnego majatku, ktory zainwestowal w sztuke. Zalozyl fundacje swojego imienia, ktora siedzibe ma w Lizbonie. Niestety nie mialysmy juz czasu, aby zwiedzic muzeum. To bedzie punkt programu nastepnej wycieczki do stolicy :]
Odezwal sie tez do mnie Rui, ktory przyjechal do Lizbony na festiwal animacji Monstra i zapytal, czy chcemy pojsc z nimi o 21.30 na ten festiwal. No pewnie, ze chcialysmy :]
W metrze mily pan z obslugi pomogl nam okielznac maszyne do wydawania biletow. Bilet w jedna strone, wraz z karta, na ktora “nabija sie” kolejne bilety, kosztowal 1,25?. Bez karty jeden przejazd to 75 centow, w obie strony 1,40?… Ceny biletu tramwajowego nawet wyzsze - jeden przejazd 1,35?. Bilet do kolejki, ktora pokonuje najbardziej storme ulice 1,30? (jedzie moze z 5 minut). Ogolnie transport tani nie jest. W sumie przez te dwa dni na 5 biletow wydalysmy 6.65? a i tak dwa razy nie skorzystalysmy z komunikacji (o czym bedzie potem).
Spotkalysmy Ze i poszlismy do jego firmy, poniewaz wraz z jego szefem Paulem mielismy pojsc na lunch do brazylijskiej restauracji, gdzie serwuja pyszne mieso (juz sobie wyobrazalysmy ile stracimy tam pieniedzy ;P). Firma Illusive znajduje sie blisko Rua do Ouro, ulicy-deptaka ze sklepami i, jak sie potem okazalo, takze niedaleko domu siostry Marcio, u ktorej mialysmy nocowac. Biuro nie jest duze, ale jest w nim mnostwo komputerow, chyba ze 25 (pracuje tam 18 osob), i jest troche ciasno, ale atmosfera przytulna. Czekalismy az Paulo dokonczy prace i pojechalismy jego samochodem, chociaz restauracja byla niedaleko. Jedzenie bylo pyszne - mieso chyba wolowe, pokrojone w cienkie paski, zrobione na ruszcie, jedno z czosnkiem, drugie bez, do tego dwa wielgachne ziemniaki z sosem czosnkowym, ryz, czarna fasola w sosie, salatka zwykla - salata, marchewka, ale z pysznym sosem. Wszystko dostalismy na srodek stolu i kazdy nakladal ile chcial na swoj talerz. No po prostu sie mozna bylo rozplynac nad tym jedzeniem :D A na koniec Jose powiedzial, ze za wszystko placi on :]
Niestety, w restauracji spedzilismy chyba ze 2,5 godziny! Bylo juz po 16.00 kiedy wyszlismy i Ze zaproponowal pojscie na zamek. Ale musielismy najpierw pojechac po nasze bagaze i przetransportowac je do firmy na przchowanie, bo z Marcio mialysmy sie spotkac dopiero wieczorem, gdyz dopiero o 19.00 przylatywal do Lizbony. Ruszylismy wiec na zamek. Droga wydawala sie prosta, bo bylo go widac - wystarczylo tylko isc w jego kierunku pod gorke… Tylko, ze ulica byla jedna dluga spirala i gdy juz sie wydawalo, ze dochodzimy do jakiegos wejscia, okazywalo sie, ze trzeba isc dalej. W koncu doszlismy, przechodzilismy nawet przez jakies ruiny domow…no reprezentacyjnie to ta okolica zamkowa nie wyglada ;P Zreszta sam zamek tez zadna rewelacja, a wstep kosztowal 5? ;P Akurat odbywal sie na nim jakis festyn, byla glosna muzyka i mnostwo stoisk z pamiatkami, torbami, bizuteria i innymi pseudo-sredniowiecznymi gadzetami.
Wrocilismy do Illusive po bagaze, pobawilam sie tabletem, ktory jest boooski i ja chce taki!!! =) Spotkalismy sie z Marcio i poszlysmy do domu jego siostry, ktory znajduje sie w sasiedztwie duzej, koncowej stacji kolejowej - Terminal do Rossio. Jego siostra jest troche dziwna i sie jej balysmy ;P Prawie nic nie mowi, przez co sprawiala wrazenie, jakby ledwo co nas tolerowala w swoim domu. Zjedlismy obiad… maly byl ;P i poniewaz Marcio nie chcial tego wieczoru nigdzie wychodzic, umowilysmy sie znow z Ze. Poszlismy do baru z niesamowitym wystrojem wnetrza - styl konca XIX wieku, torche secesji, duzo pomieszczen, waskie korytarzyki, drewno… i na absolutnie wszystkich scianach przeszklone gabloty ze starymi, XIX wiecznymi zabawkami. I kelnerzy w wieku 50+ w czerwonych kamizelkach. Dosc dlugo musielismy czekac na wolne miejsca. Zamowilam drinka bezalkoholowego, ale za to z galka lodow pistacjowych =) Pycha. 5?. To byla jedna z najtanszych pozycji ;P
[salbum=17,n,n,left]Potem poszlismy jeszcze przejsc sie po Bairro Alto (bairro - dzielnica, okolica, sasiedztwo; alto - wysoki, polozona wysoko) - dzielnicy waskich uliczek z pubami czesto wielkosci malego pokoiku, w ktorych kupuje sie drinki i wychodzi na ulice, aby wypic go idac do nastepnego baru. Uliczki przez to sa bardzo zatloczone i na kazdym rogu dealerzy usiluja sprzedac ci haszysz i inne rzeczy. W jednym z barow kupilismy drinki, ja wzielam Mojito, drink na bazie karaibskiego rumu, z limonka i mieta, ten mial anyzkowy posmak. Natalia pila tez cos brazylijskiego, z jagodami chyba, bo miala caly jezyk czarny :)
I to by było na tyle z pierwszego dnia…










Specjalnie poszłam na typografię niedługo przed przerwą na lunch, aby złapać Barbarę po zakończeniu zajęć i porozmawiać o stworzeniu czcionki dla identyfikacji mojego festiwalu. Okazało się, że jak zwykle jest ona strasznie zajęta, bo właśnie odbywają się jakieś warsztaty i mam przyjść po przerwie… Gdy przyszłam później, Barbara wyjaśniła, że studenci właśnie tworzą czcionkę, którą chcą później wykorzystać do stworzenia identyfikacji dla warsztatów projektowania graficznego, które odbędą się w dniach 12-16 maja. Każda osoba projektuje jedną literę, w stylu dowolnym, jedynym warunkiem jest to, że ma to być pixel font. Barbara zaproponowała, żebyśmy ja i Orsi, która o dziwo też się pojawiła :P, także zaprojektowały swoją literę. Miałam akurat w tym samym czasie zajęcia z fotografii, ale zostałam i zrobiłam znak zapytania. Orsi poszła do domu. Zrobiłam 4 znaki zapytania, z których Barbara wybrała jeden, ten który akurat i mi najbardziej się podobał. Musiałam jeszcze wydrukować pracę na A4, co okazało się nie lada wyzwaniem. Na szczęście pomógł mi Rafael. Poszliśmy do printing room - sali 46, gdzie studenci mogą za darmo wydrukować materiały szkolne. Wzięliśmy stamtąd papierek (A$ - co za marnotrawienie drzew…), który trzeba było wypełnić: imię, nazwisko, kierunek, nr studenta, ilość kopii, nazwisko nauczyciela etc etc… i z tym poszliśmy z powrotem do Barbary, która cały czas gdzieś biegała i trudno było ją znaleźć… Gdy złożyła podpis mogłam wrócić do sali 46, aby wydrukować moją jedną stronę…. pozostawało tylko zdobyć gdzieś papier! Bo, żeby wydrukować na szkolnej drukarce, trzeba mieć własny papier. Niestety, nie znaleźliśmy nigdzie choćby pół kartki, więc poprosiłam Rafaela, aby wydrukował moją pracę, gdy będzie drukował swoją, bo musiałam już iść na fotografię.
Poniedziałek. 



Nie mam zajęć w środy, ale poszłam do szkoły razem z Natalią (ona ma zajęcia z Project III, czyli jej głównego przedmiotu z projektowania przemysłowego), żeby poszperać w bibliotece. Po drodze przeszłyśmy przez park, żeby zrobić kilka zdjęć. Skończyło się oczywiście na tym, że siedziałyśmy tam godzinę, bo akurat przestało padać. W bibliotece siedziałam aż do 19.00, do jej zamknięcia. Znalazłam książkę o historii portugalskiej karykatury i ilustracji prasowej, gdzie jest całe mnóstwo rysunków Bordalo Pinheiro. Są też ilustracje innych autorów i trzeba przyznać, że trudno wyróżnić jakikolwiek oryginalny styl. A jako, że nie znam portugalskiego (jeszcze ;P) to nawet żartów rozumiałam :P Znalazłam też dwa wielkie albumy o współczesnej portugalskiej ilustracji. Prace są świetne, oczywiście te, które najbardziej mi się spodobały sfotografowałam :] więc niebawem je tu zamieszczę.
