Ten dzien byl wyjatkowo pechowy. Zaczelysmy sie nawet zastanawiac czy nie wisi nad naszym pobytem w Portugalii jakies fatum. Najpierw ukradli rower, potem paczka od rodzicow w tajemniczych okolicznosciach zniknela w drodze… A tym razem przydarzylo sie pranie, do ktorego Naat wlozyla swoje granatowe dzinsy, zupelnie zapominajac, ze w pralce sa biale rzeczy Natalii…. no i wiekszosc wszystkich rzeczy stala sie niebieska :/ Kolejnym wyczynem intelektualnym Naat bylo pojscie do Goncalo po prezent dla mamy, ktory ulepszala w jego mieszkaniu (nie moge na razie zdradzic co ulepszalam, bo mama jeszcze prezentu nie dostala ;P). Akurat gdy weszlam na to 5-te pietro, oczywiscie piechota w ramach gimnastyki, to spotkalam Goncalo, ktory wlasnie zamykal drzwi, bo wybieral sie do domu na weeknd. I sie spieszyl na pociag… a mial jeszcze doladowac mi telefon w bankomacie. Ale okazalo sie, ze juz probowal doladowac i nie chcialo dzialac, bo podobno jakis dodatkowy kod byl potrzebny (potem sie okazalo, ze nie, ale Goncalo nadal twierdzi, ze tak…). Zanim mi jednak wytlumaczyl o co chodzi z tym kodem i zanim zdazylismy sie o to poklocic (bo jak to, on sobie jedzie, nie doladuje mi telefonu i co my zrobimy bez telefonu w Lizbonie? tak to faceci mysla o innych…), to doszlismy na stacje. On wsiadl do pociagu, a ja wrocilam i jeszcze poszlam do chinskiego sklepu po karteczki post-it, od ktorych zaczelam byc uzalezniona (kolejna proba organizacji czasu). I jak juz sobie poprawilam humor zakupami ;P to przypomnialo mi sie, po co poszlam do Goncalo…. PREZENT! I co teraz? Jak mama dostanie prezent na dzien mamy?? Skoro do Goncalo bede mogla pojsc dopiero po powrocie z Lizbony, czyli kiedy Natalia juz odleci? Na szczescie okazlo sie, ze przeciez siostra Natalii przyjezdza 21 maja na kilka dni i mam nadzieje, ze bedzie mogla zabrac moja przesylke.
Ale to jeszcze nie koniec pecha tego dnia……
Wyszłyśmy do sklepu po wybielacz, zatrzasnęłyśmy drzwi za sobą i wtedy zorientowałyśmy się, że klucze zostały w środku… Na szczęście był nasz sąsiad, też student ESAD, który wpuścił nas do siebie, skąd mogłyśmy przejść po dachu do okna sypialni Marcio. Było zamknięte, ale udało się je otworzyć - okazało się, że w sumie jego okno jest zepsute, bo się nie zatrzaskuje.
Wieczór i noc poświęciłyśmy na robienie zabawki w Solid Works, bo tego dnia upływał termin przesłania do Joao plakatów prezentujących ją. Walka z Solid Worksem była długa… zrobiłam rendery i wymyśliłam tekst o moim drewnianym koniu z pomocą mamy i taty - nie zamierzałam poświęcać 3 godzin na copywritin, jak ostatnio przy okazji szklanki, więc tekst wyszedł prosty i bez polotu ;P
W międzyczasie odwiedził nas Paulo, próbując wyciągnąć na miasto. Jechałyśmy następnego dnia do Lizbony, więc oczywiście, że mu się nie udało, ale mimo to postanowił trochę u nas zabawić…grrrr. Cóż, przynajmniej go wykorzystałam do doładowania telefonu :> Poszliśmy do bankomatu i okazało się, że żadnych dodatkowych kodów nie potrzeba. Ja niestety sama nie mogę doładować, bo po zalogowaniu do systemu mam tylko jedną opcję: “Wypłać”, natomiast Paulo miał ich całe mnóstwo, w tym - “Doładuj telefon”. Potem pech powrócił…. wróciliśmy do domu i chcieliśmy zrobić sobie kawę w imbryczku. Gdy się zagotowała, wyłączyłam gaz, ale nie byłam pewna czy kurek jest dobrze przekręcony, Paulo chciał sprawdzić, ale przyłożył do tego zbyt wielką siłę, popchnął kuchenkę i gorąca kawa wylała mu się na rękę…. Na szczęście nie poparzył się. Posprzątaliśmy i chcieliśmy zrobić drugą kawę. Po zagotowaniu tym razem wyjątkowo delikatnie zamknęłam gaz i gdy tylko zabrałam dłoń z okolicy kurka, kawa sama z siebie znów się przewróciła :|
Więc zrobiliśmy herbatę ;P
A potem pakowanie… chlorowanie ubrań Natalii, prysznic etc etc.
W sumie przed odjazdem do Lizbony w sobotę rano spałyśmy 2-2,5 godziny… Natalia rano zrobiła zupę kakaową =) dzięki której byłyśmy na tyle przytomne, aby dojść na dworzec autobusowy.