Tourada

0

Posted by Naat | Posted in Caldas da Rainha, kultura, weekend | Posted on 23-05-2008

To całe “uwolnienie byków” okazało się nie być czymś podobnym do imprezy w Pampelunie - na szczęście :P - a takie było moje pierwsze skojarzenie, gdy usłyszałam to określenie i gdy Marcio zaczął tłumaczyć “no wiesz, byki będą na ulicy…” - sam nie wiedział co to będzie.

[salbum=20,n,n,left] Tourrada - tak się nazywa ta impreza - polega na tym, że buduje się zamknięty czworobok, arenę, na którą wypuszcza się byka, lub byki, a śmiałkowie (amatorzy, nie torreadorzy) mogą tam wejść i starać się “kontrolować” bestię, aby wygrać nagrodę (w tym wypadku było to podobno 100 euro). W tym wypadku wyglądało to tak, że gdy byk był w jednym końcu długiej areny, w drugim zbierali się mężczyźni, którzy go drażnili wrzeszcząc, machając szmatami, podchodząc bliżej. Gdy byk zaczynał szarżować w ich kierunku - uciekali za barierki, a w tym końcu areny, z której przybiegł byk, pojawiali się kolejni… a biedne zwierzę biegało w tą i z powrotem. Czasem zatrzymywało się przy barierkach dłużej, i wtedy np. można było rzucać mu piasek w oczy, żeby go bardziej rozdrażnić… Podobno niejednokrotnie zdarza się, że byk kogoś rani, ale każdy wchodzi tam na własną odpowiedzialność, nawet nastoletni chłopcy pchają się na arenę, a wszyscy “prawdziwi” mężczyźni strasznie się tą imprezą ekscytują…

Chciałam zrobić zdjęcia, ale mój sprzęt jest za słaby, była noc, a nie mam lampy błyskowej jak Goncalo, który po pozwolił mi umieścić swoje zdjęcia w galerii (—klik!—). Mnie udało się zrobić tylko tyle:

Lisboa day 2

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, kultura, podróż, weekend | Posted on 11-05-2008

Domingo (niedziela):

Wstałyśmy późno i zanim się pozbierałyśmy do wyjścia było ok. 11.00. W dodatku zgodziłyśmy się poczekać na Marcio, który obiecał zaprowadzić nas do miejsca, gdzie są dobre śniadania. Niestety, zanim on wyszedł, zanim poszliśmy do bankomatu, zanim znalazł to miejsce była już pora lunchu, w dodatku w barze nie było wolnych miejsc. Zaczęliśmy więc szukać innego miejsca, w którym można by coś zjeść, ale w niedzielę o tej porze spora część restauracji była zamknięta. W końcu trafiliśmy do jakiegoś pawilonu ze sklepami i z barami szybkiej obsługi. Za 5 euro dostałam posiłek zbliżony do tego, co jest w kantynie. Natalia wybrała McDonalds (lub jak to określa Anita - McShit ;P). Marcio zamówił zupę, u nas nazwano by ją zapewne gulaszową - była gęsta, miała w sobie dużo kiełbasy, kluski i fasolę, wyglądała jak fasolka po bretońsku.

O 15.00 miałyśmy być u prof. Miguela Baptisty. Marcio przyjrzał się mapce, którą narysował Natalii Baptista i stwierdził, że odprowadzi nas do miejsca, gdzie mamy wsiąść w tramwaj, bo jest ono niedaleko i nie musimy jechać tam metrem (jak sugerował Baptista). Rzeczywiście, to przystanku tramwajowego było niedaleko, ale gdy tam doszliśmy sprawy się zaczęły komplikować, bo Marcio nie za bardzo się odnajdywał w przestrzeni. Zapytałam się go, gdzie możemy kupić bilet, bo sklepy były zamknięte i też nie bardzo umiał odpowiedzieć, Natalia zasugerowała, że możemy pójść piechotą, bo to chyba niedaleko, Marcio zaczął pytać o drogę przechodniów, nie wiedzieliśmy który numer tramwaju tam jedzie… ogólnie nie mogliśmy się dogadać ani z sobą ani z przechodniami, a Natalia zaczęła się denerwować, że się spóźnimy… w końcu postanowiliśmy, ze pójdziemy dwie przecznice dalej, bo może kawiarnia Cafe Cafe, czyli jeden z punktów orientacyjnych na mapie, jest już tak blisko. Więc poszliśmy… i szliśmy… i szliśmy… i szliśmy… w międzyczasie Marcio stwierdził, ze on przecież nie chce się spotykać z Baptistą, bo go nie lubi, więc on już sobie wróci do domu, po drodze wchodząc do muzeów (w niedzielę wstęp wolny). A my szłyśmy dalej… i szłyśmy… i szłyśmy. Oczywiście złe, bo niepotrzebnie słuchałyśmy Marcio, który twierdził, że to niedaleko, a w sumie to sam nie wiedział gdzie to w ogóle jest. Straciłyśmy przez niego już kilka godzin.

W końcu doszłyśmy prawie pod sam Most 25 kwietnia i znalazłyśmy Cafe Cafe, potem jeszcze trochę pobłądziłyśmy, bo Baptista też nie ma, widać, talentu do opanowywania przestrzeni (choć jest projektantem :P), przynajmniej tej, którą musi przekształcić w dwuwymiarową mapę… W końcu, spóźnione pół godziny, znalazłyśmy jego pracownię.

Jego pracownia jest świetna, ładny wystrój i miła atmosfera, przy małej uliczce, więc cicho, wielkie okno na całą ścianę… W sumie spotkanie sprowadziło się do prezentacji jego twórczego dorobku w postaci portfolio na komputerze. Jego prace bardzo nam się podobały. Oprócz projektowania przedmiotów (wszystkie minimalistyczne, proste, eleganckie) Baptista zajmował się też przez 12 lat organizacją Lizbon Fashion Week i projektował wystawy. Ogólnie bardzo różnorodne zajęcia i wszystkie na wysokim poziomie. Jesteśmy dumne z siebie, że znamy znanego projektanta ;P

A tu jego strona, niestety jeszcze nic na niej nie ma ;P www.mvbfactory.com

Po pożegnaniu z Baptistą poszłyśmy na przystanek tramwajowy i pojechałyśmy do Belem, dzielnicy kulturalnej. Jest tam m.in. klasztor z przepięknym kościołem - pierwszy raz widziałam, ale w transepcie były ustawione ławki dla wiernych. Potem poszłyśmy do CCB - Cultural Centre of Belem. To duży budynek, w którym mieszczą się muzea, teatr i galeria Barroto - galeria sztuki nowoczesnej, gdzie się udałyśmy. Była już 18.00 a o 19.00 zamykali, więc bardzo szybko musiałyśmy obejrzeć ekspozycje. Po tym wróciłyśmy do naszej linii tramwajowej nr.15 i okazało się, ze drogę do domu mamy bardzo prostą. Wysiadłyśmy na Cais Sodre i piechotą poszłyśmy do domu. Po drodze, na deptaku zaczepił nas chłopak z Senegalu - zaszedł nas od tyłu, więc trochę się wystraszyłyśmy, że może to jakaś mafia narkotykowa albo co ;P Ale okazał się być sympatyczny, tylko nie za dobrze mówił po angielsku… i długo nie chciał się odczepić ;P Opowiadał o Senegalu, o tym, że jest piłkarzem i żył już w Turcji, chyba w Belgii i we Francji, o ile dobrze pamiętam. Strasznie się ucieszył, ze nas poznał, bo - jak tłumaczył - czasem spotyka ludzi i oni nie chcą z nim rozmawiać…. nie powiedział tego, ale zapewne chodziło mu o rasizm.

[salbum=18,n,n,left,clear]Po powrocie umówiłyśmy się na dinner z Jose. Pojechaliśmy na pizzę, podobno najlepszą w mieście. Pizzeria była pełna i chyba z pół godziny czekaliśmy aż zwolnią się dla nas miejsca. Jedzenie rzeczywiście było wyśmienite. Na przystawkę Jose zamówił opiekaną mozarellę, która smakowała niemal identycznie jak opiekany oscypek. Wróciliśmy szybko do domów, bo trzeba było się szykować do drogi - udało nam się wyprosić, aby Jose odwiózł Natalię na lotnisko, bo samolot miała o 7.00 a żadne środki komunikacji o 5 nad ranem w Lizbonie do lotniska nie dojeżdżają :/ Z kolei ja się załapałam na podwiezienie do Caldas, bo Jose jechał do ESAD na zajęcia od samego rana. To wszystko oczywiście równało się - bardzo mało snu :/

Drugi dzień lata, w którym szukałam Paulo Ramalho w miłym towarzystwie i później z aparatem ;) *

0

Posted by Naat | Posted in Caldas da Rainha, kultura, szkoła | Posted on 03-04-2008

Dzisiejszy dzień pod względem ilości zdarzeń mógłby wystarczyć na dwa dni ;)

Zaczął się wcześnie. Po wczorajszej imprezie musiałyśmy wstać o 7.30, aby zdążyć na zajęcia z Solid Works na 8.30. Oczywiście byłyśmy 20 minut spóźnione, ale tutaj to nic :] Niestety, okazało się, że nie będziemy miały 3D Studio Max na szkolnej licencji, za to możemy sobie ściągnąć podobny program ze Student Autodesk… Po zajęciach, na których okazało się, że jesteśmy najpilniejszymi uczennicami ;P poszłyśmy na poszukiwania: Natalia - Nicka w sprawie roweru, ja - Paulo Ramalho, w sprawie mojego głównego projektu. Żadnego z nich nie udało się odnaleźć…

Zadzwoniłam więc do Oriany i strasznie długo z nią rozmawiałam, usiłując ustalić gdzie możemy się spotkać - ona zaproponowała McDonalds, ale zanim byśmy go znalazły chyba by minęło pół dnia przy naszych zdolnościach… więc w końcu spotkałyśmy się z nią na parkingu pod Leklerkiem. Okazało się, że nawet gdy widzę jak Oriana mówi, to i tak ciężko mi ją zrozumieć :P Smażąc się na betonie w słońcu ucięłyśmy sobie w trójkę pogawędkę na temat rowerów i złodziei, Polaków w Anglii (to tak a propos ;P), angielskiej mody na robienie kalendarzy z kiepskimi aktami (to była anegdota i nie wiem czy dobrze to zrozumiałam :P), potem moich zdjęć koni… i w końcu Oriana narysowała nam mapkę dojazdu do ich domu. Jedziemy w sobotę =)

Potem wróciłyśmy na lunch do domu i zmusiłyśmy Marcio, aby zrobił obiecany sos serowy już wtedy, a nie wieczorem.

Po lunchu pojechałam do szkoły wznowić poszukiwania Paula… I znalazłam Rafaela ;P Studenta pierwszego roku, który ewidentnie szukał pretekstu, aby urwać się z zajęć… no i znalazł go w postaci mnie - poszedł ze mną szukać Paulo. Najpierw poszliśmy do jednej sali, gdzie rozmawialiśmy z jednym nauczycielem, który życzył mi powodzenia…. Potem poszliśmy do pokoju Paulo, gdzie spotkaliśmy nauczycielkę, która życzyła mi powodzenia…. Później udaliśmy się do portierni gdzie zostawiłam Paulowi wiadomość (”Tu Natalia z Erasmusa, błagam o spotkanie jutro, bo szukam Pana już od tygodni…”). Jutro się okaże czy to coś da. A najlepsze jest to, że wg relacji świadków Paulo jest w szkole codziennie, bo jest Ważną Osobą w Szkole… tylko jakoś ja go tylko raz w przeciągu tego miesiąca widziałam!

W międzyczasie opowiedziałam Rafaelowi o swoim projekcie, a on zapytał, czy byłam w muzeum Bordalo Pinheiro. A ja nie byłam, bo nikt - ani Google, ani Wikipedia, ani Barbara od typografii, ani Marcio ani nawet Sara nie wiedzieli gdzie to jest - a tu nagle Rafael mi mówi, ze on wie! I że mnie zaprowadzi - więc poszliśmy. Na miejscu okazało się, że on jednak tak dokładnie nie wie… w końcu trafiliśmy do fabryki ceramiki, którą założył Pinheiro, a tam znajduje się sklep, w którym jest sala wystawiennicza. Ale akurat nie ma żadnej wystawy prac Pinheiro :(

Potem poszliśmy na poszukiwanie księgarni, w której by były książki Vonneguta lub Pratchetta. Niestety, w Portugalii chyba ich nie znają ;P Na pocieszenie poszliśmy na lody, a ja wysłałam SMS do Thays, bo jeszcze w Coimbrze obiecałam jej pomóc zrobić zdjęcia do jej projektu o Pacheco. Umówiłyśmy się na 17.00. Rafael zgodził się zostać i tłumaczyć - bo Thays nie mówi po angielsku, a ja po portugalsku. Okazało się, że przyszła też Estrelinha, bo dziewczyny obie robią ten projekt. Głównym celem jest przygotowanie spektaklu, a oprócz tego zrobienie wystawy dokumentalnej o tym surrealiście. Wyszło na to, że dziewczyny chcą, abym była ich oficjalnym fotografem, co niezmiernie mnie ucieszyło :D Dzisiaj zrobiliśmy zdjęcia budynkom - domom, w których mieszkał Pacheco, restauracji i kawiarni, w której bywał, i paru innym budynkom.

__________________________________________
* Tytuł posta - thanks to Rafael ;)

Batalha [Batalia - po polsku znaczy to samo]

0

Posted by Naat | Posted in kultura, podróż, weekend | Posted on 15-03-2008

Sobota była dniem pełnym wrażeń =)

Rano - przeprowadzka do mieszkania. O 10.15 pod akademik przyjechał taksówką Marcio, żeby nam pomóc z tobołami. Spakowałyśmy się już poprzedniego dnia, żeby rano tego nie robić, bo na pewno byśmy się do 10 nie wyrobiły ;P Wszystko poszło sprawnie i o 11.00 poszliśmy na kawę, a potem “pod królową”, aby spotkać się z Nikoliną i pojechać do Batalhii, gdzie odbywały się targi edukacyjne. Marcio nie zamierzał jechać, ale w ostatniej chwili się zdecydował. Akurat miałyśmy od Sandry jeden dodatkowy bilet na wystawę. W czasie targów spod szkoły odchodził do/z Batalhii darmowy autobus szkolny.

[sthumbs=86|87|88|89|90|91|92|93|94|95,160,3,y,none,both]

Jechaliśmy godzinę do Batalhii, autobus zatrzymał się pod halą targów. Okazało się, że do miasteczka są jeszcze 3 km. Zaczęliśmy iść drogą szybkiego ruchu i usiłowaliśmy złapać stopa. Gdy przechodziliśmy przez dojazdową uliczkę, akurat podjechał jakiś starszy, bogaty (duże auto ;P) pan i Marcio podszedł do szyby i zapytał się, czy by nas nie podwiózł - a tamten się zgodził :) Wylądowaliśmy w centrum malutkiej Batalhii, tuż pod klasztorem. Zespół klasztorny robi ogromne wrażenie, to przepiękny przykład gotyku. Kościół jest ogromny, wnętrza nieskażone barokowym przepychem. Gdy wyszliśmy głównym portalem z kościoła okazało się, że właśnie odbył się w nim ślub i Marcio akurat znał kilkoro weselników, i to w dodatku nie z Caldas, tylko z Lagos (taki ten świat mały ;) ).

Poszliśmy na poszukiwanie miejsca, gdzie można by coś zjeść. Chyba z godzinę się kręciliśmy po tej mieścinie i weszliśmy do każdej możliwej knajpy. W końcu zostaliśmy w jednej. Dania wydawały się dość drogie - minimum 7 euro za każde, ale okazało się, że w Portugalii najczęściej podaje się potrawy na półmiskach, tak, że z jednej serwowanej porcji mogą spokojnie najeść się dwie osoby. Zamówiliśmy trzy dania i jeszcze desery i nie udało nam się wszystkiego zjeść.

[sthumbs=96|97|98|99|100|101|102|103|104|105|106|107|108|109|101|102|103|104|105|106|107|108|109|110|111|112|113|114|115|116|117|118|119|120|121|122|123|124|125|126|127|128,160,3,y,none,both]

Po tym obfitym posiłku potoczyliśmy się z powrotem do klasztoru, aby zwiedzić krużganki i dwa ogrody.

[sthumbs=129|130|131|132|133|134|135|136|137|138|139|140|141|142|143|144|145|146|147|148|149|150|151|152|153|154,160,3,y,none,both]

W drodze powrotnej na przystanek znów łapaliśmy okazję i zatrzymał się gość w furgonetce… Marcio oczywiście wpakował mu się do szoferki a nam została jazda na “pace” ;P Wiało straszliwie, ale na szczęście droga była krótka. Wysiedliśmy i mieliśmy jeszcze ponad dwie godziny do przyjazdu autobusu, więc poszliśmy zobaczyć te targi edukacyjne, które początkowo miały być głównym celem naszej wycieczki ;P

W dwóch pawilonach wystawiały się szkoły policealne z całej Portugalii, w tym jeden z nich w całości zajmowała Politechnika w Leirii (IPL) - szkoła, której wydziałem jest nasza ESAD.CR. Na samym początku trafiliśmy na stoisko jakiejś szkoły masażu i Marcio załapał się na pokazówkę masażu :] Natalia spotkała swojego nauczyciela od Industrial Design, Miguela Batistę. Gdy ich zauważyłam i zrobiłam im zdjęcie i do nich podeszłam Basista mnie ucałował na powitanie (szok) - Natalia potem mi powiedziała, ze ją też chciał ucałować, ale jakoś się odsunęła i tego uniknęła ;P Co to za zwyczaje obcałowywać studentki poza szkołą? ;P No ale w Portugalii wszyscy, nawet dopiero co poznani ludzie (zamiast podania ręki), się całują na powitanie i pożegnanie - i pamiętajcie - ZAWSZE DWA RAZY, w oba policzki!

[sthumbs=155|156|157|158|159|160|161|162|163|164|165|166|167|168|169|170|171|172|173|174|175|176|177|178|179,160,3,y,none,both]

Włóczyliśmy się po wystawie długo, a i tak do odjazu autobusu zostało dużo czasu, więc poszliśmy do shopping mall’a naprzeciwko i obejrzeliśmy co sprzedają w Rino - to sieć drogich sklepów z rzeczami do wystroju wnętrza. W końcu doczekaliśmy się na autobus i wróciliśmy do domu. Ale spać poszłam i tak około 3.30 ;P bo oglądaliśmy strasznie kiepski film… jak poznam tytuł to wpiszę tu ku przestrodze :>

Busy Wednesday

0

Posted by Naat | Posted in kultura, szkoła | Posted on 13-03-2008

Od rana siedziałyśmy w szkole w audytorium na pokazach animacji. Swoją prezentację miał Paul Bush (www.paulbushfilms.com) - filmowiec z Anglii. Zastanawiałam się, jakim mianem go określić - reżyser, realizator, dokumentarysta, animator - wszystkie pasują, więc określenie “filmowiec” w jego przypadku nie jest żadnym przesadnym generalizowaniem. Jego filmy są wyjątkowe, oryginalne, często eksperymentalne w formie, niebanalne w treści, wywołują refleksję nad istotą filmu. Właśnie o zagadnieniach esencji filmu, o zjawisku ruchu zapisanego w 24 (lub 25) nieruchomych obrazach na sekundę, o złudności zmysłu wzroku mówił Paul Bush, pokazując kilka swoich filmów. Jego pierwszy film - “The Cow Drama” - to 40-minutowy film o jednym dniu z życia krowy. Sprawia wrażenie dokumentu nakręconego rzeczywiście w jeden dzień, ale był kręcony wiele dni. Prawie nic się w nim nie dzieje ;P bo życie krowy jest tak nudne… zobaczyliśmy jedynie urywki, w sumie 5 minut i przyjemnie się to oglądało, człowieka ogarniał “spokój wiejskiego życia” ;) ale podejrzewam, że całość może rzeczywiście zanudzić ;P Ujęcia są długie, bardzo statyczne, krowa sie pasie, chodzi, pojawia się gospodarz, który ją doi - i to jest najbardziej “dramatyczny” moment filmu ;P wszystko wygląda tak leniwie… Uczynić głównym bohaterem tak długiego filmu krowę… brzmi to głupio, ale jednak - to jest pomysł! ;)

Kolejne filmy charakteryzowały się coraz krótszymi ujęciami. “Gdy Darwin śpi” (o ile dobrze pamiętam tytuł) składał się ze zdjęć owadów z jakiegoś muzeum, gdzie zgromadzono miliony okazów gatunków owadów. Na początku ujęcia były dość długie - widać było po kolei ususzone owadzie egzemplarze na białym tle gablotki - można się było każdemu dokładnie przyjrzeć. Z czasem ujęcia trwały coraz krócej i krócej, aż zmieniały się z częstotliwością 24 zdjęć na sekundę - tak, że poszczególne owady zlewały się w jednego poruszającego się (bo każdy egzemplarz miał zawsze trochę inaczej ułożone odnóża) insekta, który najpierw był żuczkiem, potem zamienił się w muchę, motyla itd… P. Bush opowiadał przy tym o fenomenie nieruchomych obrazów, które wyświetlane w odpowiednio krótkim czasie sprawiają wrażenie ruchomych, o tym, że faktyczny ruch nie odbywa się w klatce filmu, lecz pomiędzy tymi klatkami. W dodatku oko ludzkie nie zauważa poszczególnych klatek, gdy oglądamy film - ale gdy brakuje którejś z nich, gdy jest biała, zauważymy to białe mignięcie trwające 1/24 sekundy.

Filmem, który zrobił na mnie największe wrażenie, był “Dr Jeckyll and Mr. Hyde”, także eksperymentujący z klatkami. Każdego bohatera filmu grało dwóch aktorów - najbardziej było to oczywiście ciekawe w przypadku tytułowego bohatera, którego grał raz aktor o bardzo sympatycznej twarzy, raz taki bardziej szalony ;) Wizerunek każdego z nich był wyświetlany w co drugiej klatce, tak, że widać było naprzemiennie raz jednego raz drugiego, jednakże nie można było odróżnić ich dwóch wizerunków. Tylko czasem, gdy cały film “zwalniał” widać było, że to dwóch mężczyzn. Dodatkowo wszystkie ujęcia były kalkami scen z filmu z lat 40. Nakręcenie każdej sekwencji wymagało ogromnej pracy - aktorzy przybierali odpowiednie pozy obserwując swoje ciała w kamerze, w której było też jednocześnie widać ujęcie ze starego filmu.

Bush pokazał nam też animację na podstawie Boskiej Komedii Dantego wykonaną w następujący sposób - najpierw sfilmował drzeworyty i miedzioryty będące ilustracjami do poematu, a następnie na taśmie filmowej każdą klatkę osobno zarysowywał - w ten sposób, że jedne rysy były płytsze, inne głębsze, tak, aby wydobyć z taśmy kolor niebieski, czerwony i zielony.

Jego prezentacja zrobiła na mnie ogromne wrażenie - podziwiam ogrom pracy jaki wkłada w swoje filmy i to, że jednocześnie podejmuje tematykę istoty filmu, istoty rejestracji ruchu, że forma jego dzieł tak trafnie współgra z treścią.

Natalia poszła na pierwsze zajęcia z projektowania i wróciła rozczarowana - Miguel dał im za zadanie przeprojektowanie wybranej gry tradycyjnej. Jednak nie można jej przeprojektować za bardzo, bo ma wyglądać tak jak wyglądała, mieć te same zasady i być rozpoznawalna na pierwszy rzut oka, że to właśnie ta gra… więc w sumie to mocno ograniczył tymi warunkami kreacyjną myśl swoich studentów. Wszyscy mają zacząć od zrobienia “research’u” (jak zauważyłam, tutaj każde zadanie się od tego zaczyna) - wyszukania 10 tradycyjnych gier i poznania ich reguł, historii itd. Niestety, Miguel przez godzinę mówił po portugalsku, a dopiero gdy skończył i wszyscy wyszli, porozmawiał z Natalią po angielsku - i okazało się, że jest to zadanie do robienia w parach. Na szczęście jakiś sympatyczny grubasek imieniem Hildar [wym. Eldar ;P] zaproponował, że mogą pracować razem.

Po południu oglądałyśmy kolejną prezentację, niestety połowę czasu zajęli goście mówiący po portugalsku. Najpierw jacyś dwaj kolesie podniecali się strasznie tym, że stworzyli “filmy” - były to zwykłe zdjęcia - drgające w “rytm” jakichś fal zarejestrowanych na podstawie wybuchów gazów na Słońcu czy coś w tym stylu. Wyglądało to jak trzęsąca się fotografia… I bardzo dużo musieli mówić, aby wytłumaczyć o co w tej ich sztuce chodzi ;P


Za to jako następny głos zabrał Anglik, który mówił o wykorzystaniu animacji w komunikacji wizualnej, jak można wykorzystać ją w infografii, niebanalnych i nietypowych diagramach, w reklamie. Zaczął od definicji animacji jako projektowania w czasie. Zwrócił uwagę na rolę muzyki i na to, ze muzyka jest zjawiskiem, które nie istnieje bez czasu. Pokazał dwa przykłady - jeden kampanii informacyjno-społecznej (www.lafkon.net/tc/), drugi to animacja, na której przebieg ma wpływ to przy jakiej pogodzie ją oglądamy (dzięki naszemu IP silnik animacji wie, skąd jesteśmy i łączy się z serwisami, aby pobrać informacje o aktualnej u nas pogodzie) - dlatego każdorazowe wyświetlenie animacji pokaże nam inny film (www.theunseenvideo.com)I to jeszcze nie koniec dnia - wieczorem poszłyśmy do Marcio na zupę szpinakową (która podobno była przypalona, ale ja nie czułam, bo byłam głodna ;P) i na korepetycje z Solid Works. Marcio przez jakieś 3 godziny robił z nami ćwiczenie domowe na zajęcia z Digital Drawing na następny dzień….GreatProject-inSW

First - Festiwal Animacji, 10-13 III 2008

0

Posted by Naat | Posted in kultura | Posted on 11-03-2008

First - Międzynarowodwa Konferencja Studentów Animacji odbywa się właśnie w ESAD.CR (Escola Superior de Artes e Design. Caldas da Rainha).

Strona festiwalu - www.firstanima.com