MUDE

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, kultura | Posted on 30-06-2009

MUDE to Muzeum Designu i Mody - MUseum do DEsign e da Moda - strona www

Korzystając z okazji, że otwarto jedną z jego siedzib niemal na przewciwko Illusive oraz z faktu, że do 1 lipca wstęp jest wolny - zwiedziłam je dzisiaj (ostatni możliwy termin - wspominałam, że jest na przeciwko mojej pracy? ;P).
Na budynku powieszono wielki banner z nazwą muzeum i zdjęciami “dizajnerskich” słynnych przedmiotów, ale i tak dziwnie się czułam wchodząc przez drzwi, nad którymi wciaż wisi tablica z napisem “Caixa Geral dos Depositos”, czyli w wolnym tłumaczeniu: Bank Narodowy. Muzeum bowiem otwarto w dawnej siedzibie tego banku i w środku wciąż to widać, gdyż nie dokończono tam jeszcze remontu - choć według mnie to nadaje temu miejscu niezwykły klimat! Na ścianach i podłodze marmur, na parterze na środku wielkiej sali wciąż stoi potężna marmurowa lada w kształcie kwadratu, wcześniej stali za nią pracownicy banku, teraz stoją na niej i za nią eksponaty. Na parterze jest ekpozycja stała - ubrania, przedmioty, meble, ceramika, sprzęt AGD ustawione według dekad XX wieku, w jednym kącie lecą Beatlesi, w drugim projekcja z Kennedym, w trzecim jakiś film z lat 40. W samym środku stoi świecący walec z pleksi do którego można wejść i zobaczyć stare tostery, miksery, wentylatory itp. W dodatku każda grupa przedmiotów opatrzona jest dość obszernym, ale nie nudnym, opisem, więc można sporo się dowiedzieć. Na piętrze jest jeszcze większa przestrzeń wystawiennicza, przeznaczona na wystawy czasowe. Aktualnie jest tam wystawa “Ombro a ombro. Retratos politicos” - “Ramię w ramię. Portrery polityczne”, prezentująca plakaty wyborcze, karykatury, materiały propagandowe itp. polityków z całego świata, pogrupowane według tematów. Niektóre rzeczy mało ciekawe i źle zaprojektowane, ale jest kilka bardzo ciekawych rzeczy, np. projekcja reportażu Nicolasa Righetti z Turkmenistanu, który pod pretekstem fotografowania hoteli zrobił kilkaset zdjęć pokazujących wszechobecne wizerunki dyktatora Niyazova. Inna ciekawa rzecz to prezentacja plakatów z Tymoszenko w roli atronautki, motocyklistki, dziewczyny ze wsi, a nawet średniowiecznej walczącej dziewicy :D Kobieta się promuje na wszelkie sposoby… ale od tych plakatów wiało niezłym kiczem.

Szkoda, że zdjęć nie można robić w tym muzeum… ;)

…………jak znajdę chwilę to opublikuję wcześniejsze posty…muszę tylko powrzucać zdjęcia do galerii….szkoda, że doba nie ma 48 godzin :S

Parque das Nacoes nocą

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, kultura, weekend | Posted on 13-06-2009

Dzień poświęcony na *pracę* - czyli ja bawiłam się w persnoalizowanie skórki bloga, a Beqa, który “musi pracować, bo ma egzamin” - usiłował sobie zainstalować Windows 7. Skończyło się to tym, że jego komputer nie miał ani Windows 7 ani Visty, bo gdy instalacja siódemki nie powiodła się, to nie mógł wrócić do Visty, a płyty instalacyjne ma w Caldas… Więc o 20 stwierdził, że skoro jego komputer kompletnie wysiadł, no to teraz możemy wyjść :P Więc pojechaliśmy sobie do Parque das Nacoes, zajęło nam to tylko bagatelka godzinę w jedną stronę (trzema liniami metra - niebieską do Baixa-Chiado, zeiloną do Alameda i czerwoną do Oriente), połaziliśmy, wypiliśmy po dwie galao, bo były takie dobre :P W jednym miejscu są maszty w flagami narodów i tabliczkami z podstawowymi informacjami o danym państwie i lakalizacją na mapie świata - myśleliśmy, że są tam WSZYSTKIE państwa, znaleźliśmy Polskę, ale Gruzji nie - i o dziwo niemieckiej flagi też tam nie ma!

Santos

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, impr, kultura | Posted on 12-06-2009

Dzień świętego Antoniego, patrona Lizbpony jesy 13 czerwca, tak? No więc myślałam, że festujemy - całego miasto, praday ulicami, sardynki, wino i fado… - tego 13go. I dopiero w piątek w pracy mnie uświadomili, że świętowanie, i tym samym największa impreza, zaczyna się w wigilię dnia św. Antoniego, czyli w ów piątek. Dobra, napisałam do Beqi, że ma się sprężać z przyjazdem do Lizbony…tak się sprężył, że był po 22.00… Bo o 14.00 miał egzamin, na któy nauczyciel spóźnił się 2 godziny…cóż, Portugalia… Potem autobus oczywiście miał opóźnienie, bo na autostradzie o tej porze tworzą się korki, bo tłumy walą do Lizbony na ten weeknd, a potem Beqa nie dał rady się wcisnąć do metra, tylu było pasażerów i musial czekać na następny pociąg.

Poszliśmy piechotą w kierunku rzeki, ale nie szliśmy główną aleją Avenida da Liberdade, a tam właśnie były parady - bo zależało nam na szybkim dostaniu się w okolice zamku, gdzie umówiliśmy się z Camilą i częścią chłopaków z pracy. Ale jak doszliśmy do Baixa to na ulicy zaczął się taki ruch, tłum, że ale zanim tam doszliśmy, oni już się zwinęli do domów. Za to spotkaliśmy Pedro, jego dziewczynę Verę i ich znajomych. Sardynki wolałam nie ryzykować, ale kupiliśmy sobie pao de chourico, czyli bułkę z kiełbaską + sangria. Byłam rozczarowana, bo nigdzie nie było stoisk z churros (wygląda tak). Siedzieliśmy najpierw pod zamkiem, a potem postanowiliśmy się udać w stronę Bairro Alto..no i się zaczęło! Ludzi było tyle, że ulice to były rzeki tłumu, szczególnie dobrze było to widać w pagórkowatym Bairro Alto, gdy weszło się na szczyt ulicy i spojrzało w dół - morze głów! Nigdy nie widziałam tylu ludzi na raz na ulicach. Doszliśmy do Miradouro de Santa Catarina i postaliśmy tam chwilę - bo właśnie całe to osławione Santos to było stanie, picie piwa/sangrii i gadanie… nawet tańczyć nie było jak, ani do czego - co prawda na miradouro puszczali muzykę, ale jakieś elektro-techno :S Więc miałam mieszane uczucia - fakt, nigdy czegoś takiego nie widziałam - takie tłumy ludzi,którzy wyszli na ulicę żeby razem świętować, ale to “świętowanie” było takie dość liche… niespecjalnie wyjątkowe :P Warto pójść i zobaczyć, ale raz wystarczy ;)

fotki z internetu:

Santos em Lx

Santos em Lx - defilada

Santos em Lx - defilada

Quinta da Regaleira

0

Posted by Naat | Posted in kultura, podróż, weekend | Posted on 23-05-2009

W czwartek w pracy rzuciłam pomysł, żebyśmy wybrali się do ZOO w weekend i wyszlo na to, że z Dalilą i jej chłopakiem oraz Camilą się wybierzemy, ale do Sintry, do Quinta da Regaleria, miejsca, które gorąco polecił nam Nuno. Quinta to rezydencja z wielkim ogrodem w stylu sentymentalnym “z atrakcjami” w postaci jaskiń, stawów, grot, rzeźb, wież, placyków, kamiennych ławek, ze studnią bez wody do wnętrza której można zejść i nawet z kortem tenisowym.

Umówiliśmy się o 12.00 na stacji w Sintrze, ale oczywiście a) nie wyrobiliśmy się z dojazdem na tą godzinę, bo wyszliśmy z domu o 11.30 po czym uciekł nam pociąg i czekaliśmy na następny prawie pół godziny; b) Rui, chłopak Dalili musiał od rana coś załatwić, więc nie zdąrzyli na czas; c) Camila napisała SMSa, że w końcu nie wie, czy my wszyscy jedziemy do Sintry czy nie, bo wczoraj nikt o tym nie rozmawiał (tak jakby deyzcja z czwartku musiała zostać jeszcze 5 razy powtórzona w piątek) i że w związku z tym ona nie da rady przyjechać. Więc w końcu spotkaliśmy się w czwórkę o 13.00 i poszliśmy do Quinta, gdzie najpierw zjedliśmy lunch w postaci “pikniku”. Ostało się jeszcze dużo naleśników, które miały nadzienie z dżemu albo ze straciatelli i oczywiście wszyscy chcieli trafić na straciatellę :P No a reszta będzie w opisach pod zdjęciami, które niebawem…

Quinta da Regaleira w Wikipedii, po angielsku
Strona oficjalna
Filmik ze stron Onetu - uwaga na fatalną wymowę portugalskich nazw :P
Chyba inny filmik - nie wiem, bo nie mogę go odtworzyć

Muszę przyznać, że Quinta to miejsce, które w Sintrze podoba mi się najbardziej, choć Pałac Pena i Zamek są niczego sobie, to jednak od teraz każdemu kto jedzie Sintry mówię, żeby w pierwszej kolejności poszedł do Quinta da Regaleira!

Koncert

0

Posted by Naat | Posted in Caldas da Rainha, kultura, weekend | Posted on 16-05-2009

W sumie bezproduktywnie spędzony dzień :S No ale trochę lenistwa w życiu też jest potrzebne :P Wieczorem poszliśmy na koncert z okazji tygodnia akademickiego w Caldas czy coś w tym stylu. Wieczorem - to znaczy o 22, ale okazało się, że koncert zaczyna się o północy. Typowe :> Ale fajnie było, zespół składał się głownie z ludzi z ESAD, grali covery, wszystko było bardzo profesjonalnie zorganizowane. Wielka hala, duża scena, wielkie głośniki i może ze 100 osób pod tą sceną :P Koło drugiej się skończyło i poszliśmy do domu, na jakieś 5 godzin spania, bo rano trzeba było wstać i jechać na wycieczkę krajoznawczą po regionie Oeste - bo Beqa musi nakręcić filmik (docelowo 2 minuty) na zajęcia w szkole.

OFFF is off

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, kultura, weekend | Posted on 09-05-2009

Wstaliśmy wcześnie i poszliśmy na autobus na OFFF, szkoda było opuszczać Caldas i jechać do tej wielkiej stolicy… Dzień był deszczowy. Jak dojechaliśmy, to obejrzeliśmy “Fail gracefully panel”, czyli panel dyskusyjny o porażkach w pracy designera - polegało to na tym, że na scenie były kanapy, na których siedzieli projektanci i mieli opowiadać o swoich porażkach i jak one na nich wpłynęły, jak sobie z nimi radzą etc. Całkiem ciekawe to było. Potem była przerwa, czyli - do pastelarii i znów 2 godziny siedzenia tam, jakoś nie chciało nam się wychodzić, bo na zawnątrz padało. Tego dnia na festiwalu zapadło mi najbardziej w pamięć wystąpienie Digital Kitchen - pokazywali jak robili czołówkę do filmu True Blood, super sprawa… dla jakichś 2 minut czołówki zjeździli pół stanów zjednoczonych, a potem tak to obrobili, pewnie w After Effects, że w sumie amatorskie zdjęcia wyglądają tak niesamowicie, jakby kręcił je cały sztab specjalistów :> A potem był Stefan Sagmeister, kolejny showman, który wystąpił w sukience wystylizowany na geja i nawet miał takie ruchy. Opowiadał o swoich doświadczeniach i to było naprawdę ciekawe, pomimo, że dumny był z siebie jak mało kto, no ale w końcu to TEN SŁYNNY SAGMEISTER. Przy okazji dowiedziałam się, że on co siedem lat robi sobie totalną przerwę od pracy i na rok wyjeżdża na jakieś bezludzie… chyba też to muszę praktykować - tylko nie na bezludzie :P Beludne mieszkanie w Rato przekonało mnie, że nie mogę żyć sama :P

Caldas, sweet Caldas =)

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, kultura, weekend | Posted on 08-05-2009

Teoretycznie Paulo kazał mi być dziś w pracy do lunchu, ale zaczęłam rozmawiać z Tiago o festiwalu i powiedział mi, że dziś przed południem jest prezentacja najlepszych designerskich firm portugalskich i że MUSZĘ na tym być, że mam już wyjść, bo muszę na to zdążyć… Cóż i tak bym nie zdążyła, bo byłam w pracy, to się zaczynało za 15 minut, a sama podróż pociągiem trwa 30 minut, a jeszcze trzeba dojść do stacji, no i mieliśmy jechać razem z Beqą ok. 13.00. Powiedziałam Tiago, że Paulo nie pozwolił mi jechać, na co Tiago, że on bierze odpowiedzialność na siebie. Hm, no dobra :D Wyszłam z pracy i poszłam do stacji Baixa-Chiado, bo tam się umówiliśmy z Beqą, i jeszcze poszliśmy coś zjeść do Armazéns zanim pojechaliśmy do Oeiras. Beqa już wcześniej zadzownił do mnie z domu i powiedział, że nie ma wody :| Że przyszedł koleś z wodociągów, dzwonił do drzwi, ale Catarina spała i nie reagowała, więc Beqa mu otworzył, tamten powiedział, że odłączają wodę, bo rachunek jest niezapłacony… Potem Beqa z nią rozmawiał, powiedziała, że jeszcze dziś się tym zajmie.

Na OFFF spotkaliśmy Dalilę i Pedro, którzy musieli wziąć dzień wolny, żeby przyjechać. Pedro powiedział, że nie powinnam się słuchać  Tiago, tylko zawsze pytać Paulo… Mam nadzieję, że szef jednak nie objedzie mnie za to, że byłam na festiwalu zamiast w pracy. Z Dalilą umówiliśmy się na pójście na jakiś jantar po festiwalu, problemem tylko był fakt, że w Oeiras w pobliżu OFFF nie ma żadnej restauracji, jedynie McDonalds :S

Po lunchu na OFFF była prezentacja, która tak nas znudziła, że wyszliśmy do pastelarii na przeciwko festiwalu i siedzieliśmy tam chyba ze 2 godziny :P Potem wróciliśmy i obejrzeliśmy 3 ciekawsze rzeczy:
- PES, czyli koleś który robi animacje stop-motion i naprawdę wymiata!
Western Spaghetti
Roof Sex - jego pierwszy film…i chyba najśmieszniejszy :)
Topiący się orzeszek
Game Over

- Paula Scher - jako, że projektuje od chyba lat 70. to ciekawie było posłuchać o jej doświadczeniu, poza tym nie przynudzała, pomimo, że mówiła tylko o typografii i druku

- Joshua Davies - ten to dał popisówę, co chwila odmieniał “fuck” we wszystkich formach, skakał po scenie i mówił z rozbrajającą szczerością o tym, że jak zaczyna jakiś projekt to nigdy nie wie, czy wyjdzie coś dobrego, czy kompletne gówno :P w sumie dość nietypowe wyznanie jak na profesjonalnego projektanta - ci zawsze uważają, że to co robią jest z założenia dobre, skoro są profesjonalnymi projektantami. Pedro potem powiedział mi, że nie lubi Daviesa, bo ten koleś od lat robi i mówi to samo - i faktycznie, jak popatrzyłam na zdjęcia z poprzedniego OFFF (czy może sprzed 2 lat) to pokazywał dokładnie to samo.

Dziś nagle zrobiło się zimno, a ja byłam ubrana jak na wczorajszy upał. Festiwal się skończył, spotkaliśmy Dalilę i jej znajomych, ale mieli plan pójścia do McShitu, co nam niebyt odpowiadało… Spotkaliśmy też Dominikę i Agatę, które wracały do Caldas i przyszedł mi do głowy pomysł, żebyśmy także tam wrócili tym darmowym szkolnym autobusem :] W końcu nie jest pełny i nikt nie sprawdzał czy sięjest studentem ESAD. A więc Caldas, ostoja normalności! czysto, miło i domowe jedzenie :D a nie mysia dziura… Szkoda tylko, że kierowca w autobusie włączył klimatyzację i było strasznie zimno - jak dojechaliśmy to już czułam zbliżające się przeziębienie :S

OFFF start

0

Posted by Naat | Posted in design, kultura | Posted on 07-05-2009

Moglam troche dluzej pospac… do 8.00 :P Bo o 10.30 umowilam sie na festiwalu z Beqa - z Caldas ze szkoly kursuje specjalny autobus dowozacy studentow na OFFF a wieczorem zabierajacy ich z powrotem do domu. Po drodze zaliczylam punkt info na stacji metra Avenida, gdzie zlozylam wypelniony formularz ws. migawki. Potem metrem do Cais do Sodre. gdzie przesiadlam sie na pociag do Oeiras. W pociagu dostalam smsa od Beki, ze jeszcze nie ruszyli z Caldas - a byla juz 10.00. Typowa portugalska punktualnosc :P

Przyjechalam na miejsce i nawet nie musialam sie zastanawiac, gdzie dokladnie odbywa sie festiwal - po prostu szlam za tlumem ludzi. W pewnym momencie tlum zatrzymal sie i okazalo sie, ze to koniec kolejki do wejscia… Kolejka byla gigantyczna, ale na szczescie szybko sie posuwala, zamienilam bilet na szpanerska bransoletke, ktora sluzy za identyfikator i weszlam do wielkiego kompleksu hangarow. Dziki tlum posuwal sie irytujaco wolno, oczywiscie ludzie szli i mogli sie w kazdej chwili z byle powodu (stoisko Sagres, czyli piwo, albo inne stoiska z koszulkami, torbami i inne promujace jakies produkty, magazyny albo firmy, ale w sumie jak na tak wielka impreze to bylo tego malo) zatrzymac dokladnie tam, gdzie akurat stali, zero refleksji, zeby moze zejsc na bok i nie torowac drogi innym. Organizatorzy podali, ze w sumie bylo tam 3500 osob - chyba tyle biletow sprzedali. Czyli bagatelka zarobek rzedu 227 500 euro. Doszlam do wielkiego hangaru, gdzie zrobiono glowne audytorium, udalo mi sie zajac miejsce z przodu, ale nie w centrum, tylko z boku. Potem okazalo sie to byc mocno niestrategicznym posunieciem z powodu fatalnego naglosnienia. Ta hala byla tak duza, ze dzwiek ktory wychodzil z glosnikow odbijal sie echem i trudno bylo cokolwiek zrozumiec. Wszystko mialo sie zaczac o 11.30, ale oczywiscie zaczelo sie godzine pozniej. Wiec ludzie, ktorzy jechali spoznionym autobusem z Caldas niczego nie stracili. Wrecz mieli farta, bo juz nie bylo kolejki do wejscia.

Na rozpoczecie byla prezentacja Neville´a Brody, ale niewiele moglam zrozumiec z tego co mowil przez to naglosnienie :| Z tego co pokazywal - nie bylo to nic specjalnie odkrywczego, po prostu prezentowal prace swojej firmy, a to to sobie mozna na ich stronie zobaczyc. Tylko a koniec powiedzial cos co mnie zainteresowalo - podsumowal nasza wspolczesna rzeczywistosc w ten sposob, ze po raz pierwszy ludzkosc zyje w takich czasach, kiedy przyszlosc nie jawi sie jako cos lepszego od terazniejszosci. Ze my nie bedziemy zazdroscic naszym dzieciom, bo najprawdopodobniej w ich czasach swiat nie bedzie juz takim milym miejscem jakim - pomimo wielu wad - jest teraz. Ze w przeslosci ludzie zawsze postrzegali przyszlosc jako cos lepszego - a dzis jest tak, ze to terazniejszosc wydaje sie byc najlepsza. Terazniejsze czasy dobrobytu w pieknych okolicznosciach przyrody.

Po tym pierwszym pukcie programu juz przerwa - na lunch. Przedarliśmy się więc do wyjścia, na zewnątrz było już gorąco, słońce przypiekało. Wyszyliśmy poza teren festiwalu, rozglądamy się, ale -jak nie w Portugalii - w polu widzenia tylko jedna mała pastelaria. Poza tym same bloki, nawet sklepu nie ma. Oczywiście w pastelarii już kolejka robiła trzeci zakręt… Poszliśmy więc w kierunku pociągów, w końcu za stacją znaleźliśmy małą budkę z ogródkiem, gdzie dawali bifanas, czyli bułkę z plastrem wołowiny :)~

Wróciliśmy do hangarów, gdzie było dwa razy bardziej gorąco niż na dworzu. Upał i duchota były nie do zniesienia, a niektóre punkty programu mocno zalatywały nudą. Myślałam, że będą jakieś prezentacje nowych technologii do wykorzystania w dizajnie, albo, że goście będą zdradzali sekrety swojego warsztatu (skoro bilet kosztował 75EUR, to mogliby czegoś nas nauczyć :P). Ten pierwszy dzień OFFF rozczarował, nie miałam poczucia wyrzucenia kasy w błoto jedynie dlatego, że wyrzuciłam ją (kupiłam bilet) dawno temu ;P Jedna fotografka nie mogła wystąpić bo coś było nie tak z rzutnikiem, przesunęli ją na inną godzinę, ale nie powiedzieli na którą, więc jak się zjawiliśmy w hali ponownie już było po jej występie. Ale dziewczyny z Caldas, Agata i Dominika (beijinhos!!;) ) powiedzialy nam, że nic nie straciliśmy, bo owa Eva Vermandel mówiła tylko półgodziny - pokazywała zdjęcia i mówiła,  gdzie je zrobiła - nic więcej nie zdradzając… Coś ciekawego zaprezentowali James Paterson i Amit Pitaru, zrobili ładną wizualnie grę - ale we flashu, więc to żadna nowość. Za to inny ich prijekt jest wyjątkowy - stworzyli interfejs, który pozwala zamienić wizualne elementy, rysunek, na muzykę - niestety, nie mogłam tego znaleźć w necie.

Wyszliśmy stamtąd po 22.00. W drodze do domu (czyt. do mysiej dziury) wstąpiliśmy do Armazéns do Chiado, czyli centrum handlowego nad stacją metra Baixa-Chiado, gdzie można zjeść w barze wielki obiad za 5-6 euro.

O Alcobaça - Iwo

0

Posted by Naat | Posted in kultura, podróż | Posted on 22-07-2008

Szczęśliwie, by pojechać do Alcobaça nie musieliśmy zrywać się z łóżek bladym świtem i mogliśmy sobie pospać aż do… 9. O 10 wsiedliśmy do autobusu razem z Natalią, Kamilem i Natalią :). Planowaliśmy zwiedzić  ruiny zamku i klasztor Cystersów znajdujący się w tym miasteczku. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce widok z okien autobusu przekonał nas, że jeżeli chodzi o ruiny zamku to za bardzo nie ma co zwiedzać. Poszliśmy zatem od razu w stronę klasztoru.

Do budynków klasztornych przylega ogromny kościół. Z przewodnika dowiedzieliśmy się, że jest to pierwsza i największa świątynia gotycka w całej Portugalii. Wnętrze jest ascetyczne i chłodne, co mnie osobiście bardzo się podobało (żadnych barokowych “wykwitów” na ścianach, żadnego złota, żadnych amorków, ani świętych obrazków - czysto, cicho i pusto - po prostu pięknie ;) ). W transepcie świątyni znajdują się na przeciwko siebie dwa ładnie zdobione sarkofagi. Pierwszy z nich należy do króla Portugalii, Piotra Sprawiedliwego, drugi do jego ukochanej. Historia związana z tą parą jest jak żywcem wyjęta z Szekspira. Otóż Piotr, gdy był jeszcze księciem,  miał (jak na księcia przystało) poślubić hiszpańską księżniczkę. Ale niestety biedaczysko zakochał  się w damie dworu owej księżniczki - w pięknej Ines. Piotr poślubił co prawda księżniczkę (która z pewnością była szpetna i zrzędliwa), ale ta szybko zmarła. Wtedy to książę kazał sprowadzić Ines na dwór i nawet w tajemnicy wziął z nią ślub.  Dowiedziawszy się o poczyniach swego syna, tato Piotra, król Alfons, wiedziony podszeptami trzech arystokratów kazał zasztyletować Ines. Choć potem zrobiło mu się smutno (nie pomyślał chłopina) i chciał cofnąć rozkaz to niestety było już za późno. Ines została zamordowana. Minęło parę lat i Alfons, ponieważ był już względnie starym królem również wyciągnął kopyta. Na tron wstąpił Piotr i kazał odnaleźć arystokratów odpowiedzialnych za śmierć ukochanej.  Odnalazł dwóch z trzech spiskowców. Kierując się chrześcijańskim miłosierdziem kazał im wyrwać serca. Co więcej rozkazał ekshumować Ines, ubrać ją szaty królowej i posadzić na tronie obok siebie. Wszyscy poddani króla zobowiązani byli oddawać nieboszczce należne królowej honory i całować ją w dłoń. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie…

Po obejrzeniu kościoła poszliśmy zwiedzać budynki klasztorne. Cały klasztor jest w świetnie zachowany i robi naprawdę duże wrażenie. Szczególnie pięknie wygląda otoczony kolumnadą klasztorny dziedziniec, na którym rosną drzewka pomarańczowe. Gdy tak sobie po nim chodziliśmy, usłyszeliśmy nagle, że skądś dobiega organowa muzyka i kobiecy śpiew. Myślałem z początku, że może mają tu zainstalowane jakieś głośniki i puszczają turystom muzykę, by umilić im zwiedzanie. Okazało się jednak, że w jednej z klasztornych sal odbywał się koncert, a kobiecy wokal należał do mężczyzny. :)

Gdy zwiedziliśmy klasztor, poszliśmy na kawę. Następnie Natalka weszła do sklepu by obejrzeć chusty, a ja stałem na zewnątrz i chowałem się w cieniu drzewa. Plac przed klasztorem, na którym stałem był  wysypany piachem.  Zachwycił mnie geniusz Portugalczyków.  Po co wydawać kupę kasy, na trawę, którą i tak zaraz spaliło by słońce skoro można po prostu wysypać piach. Nie trzeba niczego kosić, podlewać etc. Doprawdy taniej to i rozsądniej. ;P

Po pewnym czasie Natalia w końcu wyszła ze sklepu z trzema chustami, choć chciała kupić tylko dwie. Sądzę, że starsza pani, która ten sklep prowadzi musi być nie lada specjalistką we wciskaniu turystom upominków i pewnie dodatkowo jest emerytowaną wykładowczynią marketingu.

Około 14 wsiedliśmy w autobus powrotny i pojechaliśmy do domu.

Wieczorem chcieliśmy pójść do naszej ulubionej pizzerii, ale niestety okazało się, że załoga sobie zrobiła urlop od 20 do 30 lipca. Padaka :/ Poszliśmy więc do innej pizzerii, ale było tam prawie dwa razy drożej…zatem poszliśmy do Leclerca, a tam było jeszcze drożej… w końcu wróciliśmy do poprzedniego lokalu, żeby nie paść z głodu i upału.

Sposób na naukę polskiego

0

Posted by Naat | Posted in inne, kultura | Posted on 05-06-2008

Ze wymyślił sposób na zapamiętanie wyrażenia “dzień dobry” - zapisał to sobie tak:

Me - Tarzan, you - Jaiiine Dobry!

=)

Ale ogólnie jest załamany naszym językiem, bo pierwsze słowo, które trzeba poznać, czyli Cześć! jest dla niego niemożliwe do poprawnego wymówienia. W jego wykonaniu brzmi mniej więcej jak Czjeśt!

Pokazywałam mu też rozkładówkę z Ferdydurke, którą robiłam jako jedno z ćwiczeń na typografii - bardzo ucieszyło go słowo pupa, i zapamiętał też co oznacza ratunku, na pomoc! Po czym wykorzystał świeżo zdobytą wiedzę oraz to, czego wcześniej nauczyła go Natalia (”Jesteś mądra i piękna”) do stworzenia zdania:

- Piękna pupa! Ratunku!