Niech żyje Google Maps ;)

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa | Posted on 31-08-2009

oto gdzie obecnie mieszkam (ciemnozielone drzwi do mojej klatki): KLIK!

a tutaj przystanek z którego jeżdżę do pracy: KLIK!

i drzwi do pracy :D KLIK!

jak się kliknie na obrazku, przytrzyma i poruszy myszką to można obracać widok i oglądać wszystko dokoła =)

MUDE

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, kultura | Posted on 30-06-2009

MUDE to Muzeum Designu i Mody - MUseum do DEsign e da Moda - strona www

Korzystając z okazji, że otwarto jedną z jego siedzib niemal na przewciwko Illusive oraz z faktu, że do 1 lipca wstęp jest wolny - zwiedziłam je dzisiaj (ostatni możliwy termin - wspominałam, że jest na przeciwko mojej pracy? ;P).
Na budynku powieszono wielki banner z nazwą muzeum i zdjęciami “dizajnerskich” słynnych przedmiotów, ale i tak dziwnie się czułam wchodząc przez drzwi, nad którymi wciaż wisi tablica z napisem “Caixa Geral dos Depositos”, czyli w wolnym tłumaczeniu: Bank Narodowy. Muzeum bowiem otwarto w dawnej siedzibie tego banku i w środku wciąż to widać, gdyż nie dokończono tam jeszcze remontu - choć według mnie to nadaje temu miejscu niezwykły klimat! Na ścianach i podłodze marmur, na parterze na środku wielkiej sali wciąż stoi potężna marmurowa lada w kształcie kwadratu, wcześniej stali za nią pracownicy banku, teraz stoją na niej i za nią eksponaty. Na parterze jest ekpozycja stała - ubrania, przedmioty, meble, ceramika, sprzęt AGD ustawione według dekad XX wieku, w jednym kącie lecą Beatlesi, w drugim projekcja z Kennedym, w trzecim jakiś film z lat 40. W samym środku stoi świecący walec z pleksi do którego można wejść i zobaczyć stare tostery, miksery, wentylatory itp. W dodatku każda grupa przedmiotów opatrzona jest dość obszernym, ale nie nudnym, opisem, więc można sporo się dowiedzieć. Na piętrze jest jeszcze większa przestrzeń wystawiennicza, przeznaczona na wystawy czasowe. Aktualnie jest tam wystawa “Ombro a ombro. Retratos politicos” - “Ramię w ramię. Portrery polityczne”, prezentująca plakaty wyborcze, karykatury, materiały propagandowe itp. polityków z całego świata, pogrupowane według tematów. Niektóre rzeczy mało ciekawe i źle zaprojektowane, ale jest kilka bardzo ciekawych rzeczy, np. projekcja reportażu Nicolasa Righetti z Turkmenistanu, który pod pretekstem fotografowania hoteli zrobił kilkaset zdjęć pokazujących wszechobecne wizerunki dyktatora Niyazova. Inna ciekawa rzecz to prezentacja plakatów z Tymoszenko w roli atronautki, motocyklistki, dziewczyny ze wsi, a nawet średniowiecznej walczącej dziewicy :D Kobieta się promuje na wszelkie sposoby… ale od tych plakatów wiało niezłym kiczem.

Szkoda, że zdjęć nie można robić w tym muzeum… ;)

…………jak znajdę chwilę to opublikuję wcześniejsze posty…muszę tylko powrzucać zdjęcia do galerii….szkoda, że doba nie ma 48 godzin :S

Parque das Nacoes nocą

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, kultura, weekend | Posted on 13-06-2009

Dzień poświęcony na *pracę* - czyli ja bawiłam się w persnoalizowanie skórki bloga, a Beqa, który “musi pracować, bo ma egzamin” - usiłował sobie zainstalować Windows 7. Skończyło się to tym, że jego komputer nie miał ani Windows 7 ani Visty, bo gdy instalacja siódemki nie powiodła się, to nie mógł wrócić do Visty, a płyty instalacyjne ma w Caldas… Więc o 20 stwierdził, że skoro jego komputer kompletnie wysiadł, no to teraz możemy wyjść :P Więc pojechaliśmy sobie do Parque das Nacoes, zajęło nam to tylko bagatelka godzinę w jedną stronę (trzema liniami metra - niebieską do Baixa-Chiado, zeiloną do Alameda i czerwoną do Oriente), połaziliśmy, wypiliśmy po dwie galao, bo były takie dobre :P W jednym miejscu są maszty w flagami narodów i tabliczkami z podstawowymi informacjami o danym państwie i lakalizacją na mapie świata - myśleliśmy, że są tam WSZYSTKIE państwa, znaleźliśmy Polskę, ale Gruzji nie - i o dziwo niemieckiej flagi też tam nie ma!

Santos

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, impr, kultura | Posted on 12-06-2009

Dzień świętego Antoniego, patrona Lizbpony jesy 13 czerwca, tak? No więc myślałam, że festujemy - całego miasto, praday ulicami, sardynki, wino i fado… - tego 13go. I dopiero w piątek w pracy mnie uświadomili, że świętowanie, i tym samym największa impreza, zaczyna się w wigilię dnia św. Antoniego, czyli w ów piątek. Dobra, napisałam do Beqi, że ma się sprężać z przyjazdem do Lizbony…tak się sprężył, że był po 22.00… Bo o 14.00 miał egzamin, na któy nauczyciel spóźnił się 2 godziny…cóż, Portugalia… Potem autobus oczywiście miał opóźnienie, bo na autostradzie o tej porze tworzą się korki, bo tłumy walą do Lizbony na ten weeknd, a potem Beqa nie dał rady się wcisnąć do metra, tylu było pasażerów i musial czekać na następny pociąg.

Poszliśmy piechotą w kierunku rzeki, ale nie szliśmy główną aleją Avenida da Liberdade, a tam właśnie były parady - bo zależało nam na szybkim dostaniu się w okolice zamku, gdzie umówiliśmy się z Camilą i częścią chłopaków z pracy. Ale jak doszliśmy do Baixa to na ulicy zaczął się taki ruch, tłum, że ale zanim tam doszliśmy, oni już się zwinęli do domów. Za to spotkaliśmy Pedro, jego dziewczynę Verę i ich znajomych. Sardynki wolałam nie ryzykować, ale kupiliśmy sobie pao de chourico, czyli bułkę z kiełbaską + sangria. Byłam rozczarowana, bo nigdzie nie było stoisk z churros (wygląda tak). Siedzieliśmy najpierw pod zamkiem, a potem postanowiliśmy się udać w stronę Bairro Alto..no i się zaczęło! Ludzi było tyle, że ulice to były rzeki tłumu, szczególnie dobrze było to widać w pagórkowatym Bairro Alto, gdy weszło się na szczyt ulicy i spojrzało w dół - morze głów! Nigdy nie widziałam tylu ludzi na raz na ulicach. Doszliśmy do Miradouro de Santa Catarina i postaliśmy tam chwilę - bo właśnie całe to osławione Santos to było stanie, picie piwa/sangrii i gadanie… nawet tańczyć nie było jak, ani do czego - co prawda na miradouro puszczali muzykę, ale jakieś elektro-techno :S Więc miałam mieszane uczucia - fakt, nigdy czegoś takiego nie widziałam - takie tłumy ludzi,którzy wyszli na ulicę żeby razem świętować, ale to “świętowanie” było takie dość liche… niespecjalnie wyjątkowe :P Warto pójść i zobaczyć, ale raz wystarczy ;)

fotki z internetu:

Santos em Lx

Santos em Lx - defilada

Santos em Lx - defilada

Mój pokój

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, proza zycia :P | Posted on 08-06-2009

Fotki pokoju i mieszkania…

Spełniłam obywatelski obowiązek

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, weekend | Posted on 07-06-2009

Dziś pojechaliśmy do ambasady polskiej - zagłosowałam, spełniłam swój obywatelski obowiązek, ha! Fajnie było wejść do “domu”, w którym od progu usłyszałam “Dzień dobry” a nie “Boa tarde” i gdzie wszyscy mówili po polsku…tak trochę jakbym była w ojczyźnie ;) No, w końcu byłam - na terytorium RP :D
Beqa się dziwił, że w sumie to tylko weszliśmy, zagłosowałam, poszliśmy do toalety (mają tam kaloryfer!! cywilizacja!!!) i wyszliśmy… nikt nie chciał “pogadać”. Beqa uznał, że gdyby to była gruzińska ambasada, to zaraz by wszyscy zaczęli się wypytywać o cel pobuty, życie, pracę itd. Cóż, Polaków tu jak Burków ;P - na ulicy dość często zdarza się usłyszeć polskich turystów (zaraz po najliczniejszych Niemcach, Francuzach i Anglikach, oraz Włochach) - może dlatego jak Polak ziomka spotyka, to się tak tym nie ekscytuje ;)

Przeszliśmy się z ambasady do Belem, bo to niedaleko…. i cykaliśmy fotki:

P.S. z 9.06: A mój kandydat wchodzi do EP =)

Zaległe foto z urodzin…

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, impr, praca, proza zycia :P | Posted on 06-06-2009

Zapomniałam wrzucić wcześniej ^”^
A więc - poznajcie moich znajomych z pracy ;)

Zadomawiam się

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, proza zycia :P | Posted on 05-06-2009

Ten tydzień upłynął bardzo miło. W poniedziałek kupiłam kilka rzeczy do pokoju… i we wtorek…i w środę też… i wczoraj… :P To działa na zasadzie - jest przerwa na lunch, Delila, Camila lub Pedro proponują pójście na spacer (ostatnio wolimy zjadać w pracy, niż chodzić do Caldas, bo jak się tam zje ten gigantyczny almoço, to po powrocie do pracy przez kolejną godzinę-dwie się zasypia na siedząco z powodu nagłego ataku glukozy ;P ). A spacer po Baixa = wchodzenie do sklepów…a tu jest kilka sklepów z fajnymi rzeczami do domu i często są one w promocji i kosztują 2 euro, więc człowiek myśli “O, tylko 2 euro!” i tak z kilkoma rzeczami, a potem w kasie wychodzi 10 euro. No ale teraz mój pokój wygląda bardzo przytulnie (bo w niedziele wieczorem wydawał się trochę pusty) i pomimo, że jest ciemny, to przyjemnie w nim posiedzieć. Pożyczyłam nieużywaną lampę z firmy, kupiłam turkusowy polarowy koc jako narzutę na łóżko, szal ze sklepu chińskiego w charakterze serwety na stół :>, dywanik za 5 euro też w chińskim (w normalnym sklepie 20) - a wygląda całkiem jak z Ikei :D i parę innych niezbędnych rzeczy, jak lusterko (w chińskim 2,50, a takie samo w Casa widziałam za 7) i kosz na śmieci i takie tyci woreczki z kuleczkami zapachowymi do szafy ^”^ i… no dobra, nie będę zanudzać :P

W środę Pia powiedziała, że wychodzi i zapytala czy chcemy iść z nią - mnie i Eduardo, bo akurat my byliśmy w domu. Poszliśmy do baru, dzgieś w okolicach Rossio, który jest urządzony w mieszkaniu, w którym jest dużo pokoi. Wszystko wygląda dość…jak mieszkanie właśnie, czy raczej coś pomiędzy mieszkaniem a barem, bo nie jak 100% bar ;) W pokojach stoją fotele, kanapy i ławy, ale ludzie najchętniej siedzą na balkonie. Wszystko wygląda mocno “alternatywnie”, choć Eduardo określił to “stylem hippie”, bo przychodzą tam tylko studenci a la hippisi, rasta i szaleni ekolodzy, przy tym sporo jest “wiecznych studentów” i naprawdę człowiek czuje się, jakby wszedł do czyjegoś domu na imprezę, a nie do knajpy.

Pia została tam dłużej, a my w dwójkę wróciliśmy do domu. Po drodze dowiedziałam się, że to mieszkanie jest własnością Eduardo i Santiago, kupili je rok temu, bo nadarzyła się okazja - było tanie jak na jego powierzchnię i miejsce w którym się znajduje. Ale żeby je utrzymać i spłacać dług chłopaki wynajmują wszystkie pokoje, sami mieszkają w jednym, z tym, że ma on duży balkon, który jest zabudowany oknem, więc to jakby drugi mały pokój.

A wczoraj poszliśmy (Pia, Patricia, Eduardo, kolega Eduardo, oczywiście nie zapamiętałam imienia, i ja) na jantar za 3 euro do fundacji Gaja. Wydaje mi się, że to ta sama Gaja, która działa w Polsce, to chyba organizacja międzynarodowa. Ideą tego obiadu jest, że wszyscy gotują go wspólnie, potem jedzą a na koniec każdy zmywa po sobie. Więc aby uniknąć pomagania w gotowaniu, jak tylko weszliśmy to usiedliśmy w pokoju, w którym z rzutnika wyświetlali na ścianie film :P Nie widzieliśmy od początku, ale od czego jest google - film pod tytułem “A Hard Rain”, reżyser David Bradbury - zaangażowany w ruch antynuklearny w Australii; jest to dokument o zagrożeniach jakie niesie wydobycie uranu w Australii i ogólnie o tym, że energia atomowa jest zła. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że przykładowo pzy wydobyciu uranu zużywa się ogromne ilości wody, w filmie podali, że kopalnia Olympus Dam w ciągu jednego dnia zużywa do 35mld litrów wody! Jak to podsumowała jedna francuska studentka, którą poznaliśmy dzień wcześniej w barze (oczywiście nie pamiętam imienia…): “A nam wmawiają, żebyśmy zakręcacli kran jak myjemy zęby, żeby oszczędzać wodę…”. Poza tym nie zdawałam sobie sprawy, że przy produkcji energii atomowej są tak wielkie odpady poprodukcyjne, które w dodatku są przez długi czas mocno radioaktywne. A taka fundacja Gaja, czy nawet wszystkie prywatne osoby na świecie, to sobie dużo mogą wobec tych gigantów - fabryk i kopalni, wobec tych miliardów euro i dolarów, którymi obracają ich dyrektorzy i g*** ich obchodzi, że pod ich biurowcem garstka zielonych protestuje. Te protesty nic wg mnie nie dają, rządzą pieniądze i tyle. Ogólnie strasznie to niepocieszające…. :S Neville Brody miał rację - cieszę się, że żyję teraz a nie za 100 lat.

Po filmie ustawiliśmy się na końcu dłuuuugiej kolejki do stołu gdzie dawali jadło - bo słowo “jadłodajnia” najbardziej tu pasuje :> Na obiad była kasza kukurydziana z kawałkami kapusty (tzn. kapuścianych głąbów, żebyście nie pomyśleli, że liści :D), czarna fasola duszona w sosie z papryką i znikoma ilość surówki (liść sałaty i kilka plastów ogórka, za to obficie podlane oliwą). Ale jakkolwiek źle by to brzmiało - było bardzo dobre (może dlatego, że byłam już bardzo głodna i wtyd przyznać, ale podczas tego 1,5-godzinnego filmu, zamiast myśleć o nuklearnych zagrożeniach czyhających na naszą planetę, tylko patrzyłam gdzie i kiedy rzucą ten jantar :P). Był nawet deser! Arroz doce - słodki ryż, robiony na mleku z cytryną i posypany cynamonem - posypka była w kształcie czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami, bo była to część kampanii przeciwko żywności modyfikowanej genetycznie. Arroz kosztował “co łaska”, więc złożyliśmy się po 1 euro i kupiliśmy większą miskę. Na koniec zostało pozmywać po sobie i to była jedyna niemiła chwila, bo woda w miskach, które służyły do mycia była już mocno zużyta :P No i toaleta w tym miejscu też do najprzyjemniejszych i najczystszych nie należy. Ale właśnie! Co do miejsca to cały osobny temat…
Poszliśmy piechotą przez te gorsze dzielnice, czyli Anjos, prawie zahaczając o Intendente, potem do Martim Moniz (dzielnica Hindusów i Cyganów) i stamtąd do Mouraria, także biednej okolicy. Weszliśmy przez podwórko, w którym mieści się też siłownia (pakerzy nieco podejrzliwie na nas patrzeli, pewnie mają skojarzenia z szalonymi ekologami :P ) do budynku, który okazał się być…jakimś zdewastowanym pałacem! W środku wielkie sale, jeden z pokoji przerobiony na podrzędną pastelarię, wszystko starsznie zaniedbane, zakurzone, ale co za klimat ;) A toaleta brudna i deska w damskim zamontowana tak, że nie można jej “na stałe” otworzyć - ciągle opadała.

A kiedy wychodziliśmy, usłyszeliśmy… orkiestrę! Była północ, przeszliśmy jakimś strasznie wąskim korytarzykiem, a potem wąskimi schodkami na wewnętrzne betonowe podwórze - po bliższym przyjrzeniu się okazało się być boiskiem z trybunami - nic dziwnego, że Portugalia ma takich dobrych piłkarzy ;P I na tym boisku odbywała się właśnie próba jakiegoś chodzonego układu choreograficznego, przygotowywanego na zbliżające się “Santos” czyli dzień patrona Lizbony - Santo Antonio. Co mnie uderzyło - to byli ludzie z tzw. warstw niższych, którzy pewnie większość czasu spędzają przez telewizorem, a jednak proszę - zorganizowali się i zaangażowali w przygotowanie występu na defiladę…. I tak jest we wszystkich dzielnicach, taki lokalny patriotyzm, każde “bairro” szczyci się tym występem, robią transparenty, a nawet jednakowe (krzykliwe i kiczowate:P) stroje. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce, gdzie człowiek nawet nie zna swoich sąsiadów, a jak zna, to - jak w “Dniu świra” - obgaduje go i źle życzy (wiem, że to przesadne ougólnienie, ale raczej szczycimy się naszym (pseudo)indywidualizmem niż przystosowaniem społecznym, a Kargul i Pawlak to niemal narodowe ikony:P )

Nom…. ogólnie to cieszę się, że trafiłam do tego domu, bo panuje tu bardzo przyjazna atmosfera i jest tak… “erasmusowo” ;)

Uciekłam z mysiej dziury!

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, proza zycia :P, weekend | Posted on 24-05-2009

Tego już było za wiele… nie dość, że w kuchni są robale, nie dość, że w piątek zobaczyłam tam też wielkiego robala, na szczęście martwego - wyglądał tak samo jak te , które na codzień tam egzystują, tylko był 10 razy większy - nie dość, że codziennie na środku dywanu jest kocia kupa, nie dość, że generalnie w tym mieszkaniu jest brudno…. to jeszcze ten wielki insekt pojawił się ŻYWY w wannie!!!

“Odprowadziłam” (metrem) Beqa na dworzec autobusowy, w drodze powrotnej zrobiłam zakupy w Modelo, wracam do domu, wchodzę do łazienki, a tam w wannie siedzi sobie wielki karaluch! Już teraz wiem, że to karaluch, bo sprawdziłam w google. To było dokładnie to samo paskudztwo, które widziałam w piątek. Był tak wielki jak na owada, że bałam się go zabić…. no bo czym go zabić, kapciem? - a jak nie trafię i on na mnie wskoczy? Albo jak nie trafię i on ucieknie i się gdzieś schowa a potem w nocy pójdzie do mojego pokoju i na mnie wlezie i…iiii…… Więc to musiało być coś dużego i ciężkiego - wzięłam butlę z płynem do płukania i musiałam kilka razy go przygnieść, żeby padł, taki miał twardy pancerz…czy co to tam jest.

Jeszcze się trzęsłam, kiedy pisałam smsa do Eduardo, żeby wszedł na chat na skype albo odebrał mail, bo mam do niego sprawę nie cierpiącą zwłoki. Oczywiście internet był tak szybki i sprawny, że bliżej było mu do niedziałania niż działania… Zaczęłam pisać do Eduardo, zapytałam go, czy jest możliwość, abym wprowadziła się o ten tydzień wcześniej, mogę spać na podłodze, nieważne, byle by w ich ładnym mieszkaniu a nie w tej mysiej dziurze… Ale połączenie ze skypem co chwila się zrywało i Eduardo niewiele zrozumiał, więc do mnie zadzwonił. Powiedziałam mu o karaluchu, on powiedział, że mogę przyjechać na tę noc, ale żebym na razie nie brała swoich rzeczy…więc powiedziałam, że ten karaluch miał 7cm (przesadziłam, ale niewiele - bo miał 5 jak nic!), a on na to: “Siedem? Dobra, przyjeżdżaj i weź swoje rzeczy”

Więc spakowałam się, ale było tego tyle (plecak, komputer, aparat, książki z biblioteki, spore zakupy jedzeniowe), że jak przeszłam 100m w drodze do metra to doszłam do wniosku, że nie obchodzi mnie ile zapłacę, ale biorę taksówkę. Złapałam jedną na Largo do Rato i odległość dwóch przystanków metrem kosztowała mnie 5 euro.

Na górze w salonie już czekał na mnie materac ze świeżą i pachnącą pościelą, a Eduardo od razu skonfigurował mi połączenie z siecią. Dostałam smsa od Beqi (bo wcześniej wysłałam mu paniczną wiadomość po bliskim spotkaniu 1wszego stopnia z karaluchem) w stylu “Nie marw się, idź spać, a jutro postaraj się przenieść” - więc mu odpisałam, że już jestem w nowym mieszkaniu, a on na to: “Wow, szybka jesteś”  …hehehe :D

W końcu miłe miejsce…. czyste i z ludźmi!

A co do wydarzeń poprzedzających wieczór, to poszliśmy na spacer, najpierw do Marques de Pombal, to rondo jest naprawdę wielkie i robi wrażenie. Potem do parku - Parque, gdzie długo sobie siedzieliśmy nad sadzawką, a potem do Corte de Ingles, jednego z centrów handlowych - jeszcze nie wiem ile ich w Lizbonie jest, ale co chwila się dowiaduję o następnym. Sklepy w Corte były zamknięte, tylko bary działały, ale postanowiliśmy zjeść w naszych Armazons do Chiado =) Tylko, że stacja pod Corte de Ingles, czyli Sao Sebastiao, jest zamknięta, bo rozbudowują ją o czerwoną linię metra, więc musieliśmy przejść kawałek do następnej stacji, czyli Parque. Jedzenie było w trybie ekspresowym, bo godzina odjazdu autobusu nagle niespodziewanie się zaczęła zbliżać. Wróciliśmy do Rato piechotą, po drodze spotykając Pedro - i oczywiście pomimo, że się śpieszymy to przecież trzeba sobie uciąć pogawędkę :P (Beqa + Pedro + portugalski = trochę zrozumiałam ;P )

Taki miły dzień, a taki karaluchowaty jego finał :S

Zrobiłam kilka fotek ku pamięci, ale tylko w kuchni, bo jakoś nie miałam ochoty fotografować innych części tego mieszkania… ale wiele nie tracicie - wszystkie są w tym stylu ;)

Ale był spaceeeer

2

Posted by Naat | Posted in Lisboa | Posted on 10-05-2009

Przestawiam się na czas portugalski - to znaczy śniadanie o 13 ;) Trochę minęło czasu, zanim znaleźliśmy pastelarię, w której owo śniadanie zjedliśmy, bo okazuje się, że jednak w niedzielę większość z nich jest zamnięta (nawet na głównej ulicy Rua Augusta). O 15 byliśmy umówieni z Tomim przed wejściem do centrum handlowego Baixa-Chiado ( w zasadzie to ma ono inną nazwę, ale jeszcze nie wiem jaką, więc nazywamy je tak od nazwy stacji metra nad którą się znajduje). Czekaliśmy na niego pół godziny, w końcu zadzwonił - chyba cięzko mu było dotrzeć z powodu kaca, albo nie mógł zorientować sięw  terenie - w każdym razie czekał na nas pod słynną Cafe Brasileira. Postanowiliśmy napić się w niej kawy, ale chyba trzeba by było zarezerwować miejsca tydzień wcześniej :P Więc poszliśmy sobie na Praca do Comercio a potem w kierunku zamku, po drodze wstępując do Oh Caldas na almoco, który postawił Tomiego na nogi. Na zamek nie wchodziliśmy - zawsze się przyda te 5 euro w kieszeni ;P Tym bardziej, że z zamku poszliśmy przez Alfamę do dzielnicy Graca, która znajduje się na sąsiednim wzgórzu i jest tam równie malowniczy pinkt widokowy. Kiedy stamtąd schodziliśmy trafiliśmy do dzielnicy Mouraria i Martim Moniz - jest to miejsce dość straszne…biedne, ulica wygląda jak wioska cygańska tudzież zaułki Bangladeszu… na ulicy roi się od dzieci, typoków spod ciemnej gwiazdy i ludzi, którzy mówią sami do siebie, a z każdego rogu zalatuje moczem. Trafiliśmy na główną ulicę Rua da Palma, na której odbywała się defilada partii komunistycznej. Stamtąd było już niedaleko do Praca da Figueira, która jest tuż obok Praca Dom Pedro V, czyli na moje oko “najgłówniejszego” placu Lizbony (jest zwieńczeniem Rua Augusta; obok dworca Rossio). Następnym przystankiem po tak porządnym spacerze musiało być centrum handlowe nad Baixa-Chiado, gdzie są nasze już ulubione bary z obiadem za 5 euro =) Dziś wybór padł na zapiekankę z ziemniaków i mięsa mielonego (nie zastanawiałam się, co tam zmielili, w każdym razie znamienne jest, że to niedziela…pewnie wrzucili resztki z tygodnia :P) z ryżem i czarną fasolą (czyli feijoada ??).