Wstaliśmy wcześnie i poszliśmy na autobus na OFFF, szkoda było opuszczać Caldas i jechać do tej wielkiej stolicy… Dzień był deszczowy. Jak dojechaliśmy, to obejrzeliśmy “Fail gracefully panel”, czyli panel dyskusyjny o porażkach w pracy designera - polegało to na tym, że na scenie były kanapy, na których siedzieli projektanci i mieli opowiadać o swoich porażkach i jak one na nich wpłynęły, jak sobie z nimi radzą etc. Całkiem ciekawe to było. Potem była przerwa, czyli - do pastelarii i znów 2 godziny siedzenia tam, jakoś nie chciało nam się wychodzić, bo na zawnątrz padało. Tego dnia na festiwalu zapadło mi najbardziej w pamięć wystąpienie Digital Kitchen - pokazywali jak robili czołówkę do filmu True Blood, super sprawa… dla jakichś 2 minut czołówki zjeździli pół stanów zjednoczonych, a potem tak to obrobili, pewnie w After Effects, że w sumie amatorskie zdjęcia wyglądają tak niesamowicie, jakby kręcił je cały sztab specjalistów :> A potem był Stefan Sagmeister, kolejny showman, który wystąpił w sukience wystylizowany na geja i nawet miał takie ruchy. Opowiadał o swoich doświadczeniach i to było naprawdę ciekawe, pomimo, że dumny był z siebie jak mało kto, no ale w końcu to TEN SŁYNNY SAGMEISTER. Przy okazji dowiedziałam się, że on co siedem lat robi sobie totalną przerwę od pracy i na rok wyjeżdża na jakieś bezludzie… chyba też to muszę praktykować - tylko nie na bezludzie :P Beludne mieszkanie w Rato przekonało mnie, że nie mogę żyć sama :P
Teoretycznie Paulo kazał mi być dziś w pracy do lunchu, ale zaczęłam rozmawiać z Tiago o festiwalu i powiedział mi, że dziś przed południem jest prezentacja najlepszych designerskich firm portugalskich i że MUSZĘ na tym być, że mam już wyjść, bo muszę na to zdążyć… Cóż i tak bym nie zdążyła, bo byłam w pracy, to się zaczynało za 15 minut, a sama podróż pociągiem trwa 30 minut, a jeszcze trzeba dojść do stacji, no i mieliśmy jechać razem z Beqą ok. 13.00. Powiedziałam Tiago, że Paulo nie pozwolił mi jechać, na co Tiago, że on bierze odpowiedzialność na siebie. Hm, no dobra :D Wyszłam z pracy i poszłam do stacji Baixa-Chiado, bo tam się umówiliśmy z Beqą, i jeszcze poszliśmy coś zjeść do Armazéns zanim pojechaliśmy do Oeiras. Beqa już wcześniej zadzownił do mnie z domu i powiedział, że nie ma wody :| Że przyszedł koleś z wodociągów, dzwonił do drzwi, ale Catarina spała i nie reagowała, więc Beqa mu otworzył, tamten powiedział, że odłączają wodę, bo rachunek jest niezapłacony… Potem Beqa z nią rozmawiał, powiedziała, że jeszcze dziś się tym zajmie.
Na OFFF spotkaliśmy Dalilę i Pedro, którzy musieli wziąć dzień wolny, żeby przyjechać. Pedro powiedział, że nie powinnam się słuchać Tiago, tylko zawsze pytać Paulo… Mam nadzieję, że szef jednak nie objedzie mnie za to, że byłam na festiwalu zamiast w pracy. Z Dalilą umówiliśmy się na pójście na jakiś jantar po festiwalu, problemem tylko był fakt, że w Oeiras w pobliżu OFFF nie ma żadnej restauracji, jedynie McDonalds :S
Po lunchu na OFFF była prezentacja, która tak nas znudziła, że wyszliśmy do pastelarii na przeciwko festiwalu i siedzieliśmy tam chyba ze 2 godziny :P Potem wróciliśmy i obejrzeliśmy 3 ciekawsze rzeczy:
- PES, czyli koleś który robi animacje stop-motion i naprawdę wymiata!
Western Spaghetti
Roof Sex - jego pierwszy film…i chyba najśmieszniejszy :)
Topiący się orzeszek
Game Over
- Paula Scher - jako, że projektuje od chyba lat 70. to ciekawie było posłuchać o jej doświadczeniu, poza tym nie przynudzała, pomimo, że mówiła tylko o typografii i druku
- Joshua Davies - ten to dał popisówę, co chwila odmieniał “fuck” we wszystkich formach, skakał po scenie i mówił z rozbrajającą szczerością o tym, że jak zaczyna jakiś projekt to nigdy nie wie, czy wyjdzie coś dobrego, czy kompletne gówno :P w sumie dość nietypowe wyznanie jak na profesjonalnego projektanta - ci zawsze uważają, że to co robią jest z założenia dobre, skoro są profesjonalnymi projektantami. Pedro potem powiedział mi, że nie lubi Daviesa, bo ten koleś od lat robi i mówi to samo - i faktycznie, jak popatrzyłam na zdjęcia z poprzedniego OFFF (czy może sprzed 2 lat) to pokazywał dokładnie to samo.
Dziś nagle zrobiło się zimno, a ja byłam ubrana jak na wczorajszy upał. Festiwal się skończył, spotkaliśmy Dalilę i jej znajomych, ale mieli plan pójścia do McShitu, co nam niebyt odpowiadało… Spotkaliśmy też Dominikę i Agatę, które wracały do Caldas i przyszedł mi do głowy pomysł, żebyśmy także tam wrócili tym darmowym szkolnym autobusem :] W końcu nie jest pełny i nikt nie sprawdzał czy sięjest studentem ESAD. A więc Caldas, ostoja normalności! czysto, miło i domowe jedzenie :D a nie mysia dziura… Szkoda tylko, że kierowca w autobusie włączył klimatyzację i było strasznie zimno - jak dojechaliśmy to już czułam zbliżające się przeziębienie :S
Posted by Naat | Posted in Lisboa | Posted on 03-05-2009
I tak moje 4 dniowe wakacje dobiegly konca, godzina 19.00 - autobus do Lizbony, 20kg na plecy, 7 kg w reke i ruszam do stolicy. Wczesniej zadzwonilam do Catariny, u ktorej wynajmuje pokoj, i umowilam sie z nia, ze przyjedzie po mnie na dworzec autobusowy. Niestety, dojechalam i nigdzie nie widzialam nikogo kto moglby byc nia, wiec do niej zadzwonilam - i okazalo sie, ze ona zrozumiala, ze ma na mnie czekac nie na przystanku autobusu, lecz na przystanku metra… Wiec objuczona ruszylam do metra, linia niebieska do Marques de Pombal, tam przesiadka na linie zolta i jestem w mojej mysiej dziurze czyli Rato (rato to po port. mysz). Catarina faktycznie tam przyszla (ale bynajmniej nie czekala na mnie, tylko ja nia nia) i ruszylysmy do jej mieszkania, pod gorke…. W Lizbonie zawsze sie idzie pod albo z gorki, jak w Pradze.
Ulica wygladalaw porzadku, ale potem skrecilysmy w Travessa da Quitéria, czyli nasza uliczke i tam juz nie bylo tak porzadnie - bylo juz po zmroku, wiec wygladalo to na ciemny zaulek, kosze na smieci wystawione na ulice, miedzy samochodami biegaja wychudzone koty, ale przynajmiej auta wskazywaly na porzadnych sasiadow ;P Doszlysmy do naszego budynku, mieszkanie jest na pierwszym pietrze.
Po drodze Catarina powiedziala mi, ze nie wiedziala, jakie meble bym chciala zostawic w pokoju, wiec zabrala z niego niemal wszystko. Okazalo sie, ze zabrala jeden regal :P reszta, czyli lozko, stol, komoda, lustro, stolik nocny i szafa w postaci wieszaka na kolkach - zostala i skutecznie wypelnila caly pokoj - ktory jakos w mojej wyobrazni byl wiekszy :P Catarina uczciwie od razu pokazala mi, ze lozko to konstrukcja w postaci dykty, ktora spoczywa na 6 ceglach, a na tym lezy materac (to prawie jak Swiat Dysku, ktory lezy na 4 sloniach ktore stoja na zolwiu, z tym, ze moje lozko nigdzie nie leci). Powiedziala, ze jesli chce, to ona kupi mi normalne lozko. Przypomnialam sobie lozko u Márcio - metalowy stelarz skrzypiacy jak… stary metalowy stelarz ;P i powiedzialam Catarinie, ze jak dla mnie lozko na ceglach jest O.K., skoro i tak tych cegiel nie widac (kapa do podlogi wszystko zakrywa) a jest wygodne. Przeszlysmy wiec do innych pomieszczen - lazienka wyglada o.k. choc wszystko jest dosc stare, ale przynajmniej nie ma grzyba na suficie (albo dobrze go ukryli :P). Za to kuchnia jest dosc przerazajaca, przede wszystkim ze wzgledu na wielkie szafy - bo to nie sa szafki - ktore zaczynaja sie na wysokosci mojej glowy a koncza niemal pod wysokim sufitem. Nad kuchenka (ktora stoi na niskiej szafce zrobionej z marmuru, na ktorej stoi tez butla z gazem) zbudowany jest wielki marmurowy okap, ktory takze wisi nisko, a jak sie zajrzy do srodka to widac wielka czarna dziure to innego wymiaru ;P. Lodowka niemal pusta i niezbyt czysta. Boiler duzy i bardzo sprawny. Na scianie i podlodze stwierdzono obecnosc robali (ale to chyba nie karaluchy, bo nie sa az takie brzydkie). Catarina wyjasnila, ze insekty pojawiaja sie gdy robi sie cieplo i nic na to nie mozna poradzic. Ze wzgledu na nie trzyma sztucce w plastikowym pojemniku. Zrobi dla mnie miejsce w jednej z szaf (mam kisiel i budyn! a nawet szczypiorek :> ) a w lodowce juz miejsce jest… Za kuchnia znajduje sie “mansarda” czyli bardzo popularny tu element architektowniczny w postaci zabudowanego oknami balkonu, tam stoi pralka i kuweta Maty, czyli kotki Catariny.
Obok kuchni jest maly schowek, obecnie okupowany przez torby w rzeczami ostatniego chlopaka Catariny. Od miesiecy prosi go, aby te rzeczy zabral, ale bezskutecznie. Juz nawet grozila mu wyrzuceniem ich na smietnik, ale nawet to nie podzialalo. Na przeciwko schowka jest pokoj Catariny, a z oklei obok mojego pokoju jest jeszcze jeden pokoj majacy robic za living room. Ogolnie jej mieszkanie sprawia wrazenie sympatycznego (gdyby tylko nie ta kuchnia), ale trudno sobie uzmyslowic, ze to dom dojrzalej kobiety - to wyglada jak mieszkanie studenckie. Kazdy mebel z innej parafii, mlodoscia nie grzesza, a ogolna czystosc sprawia wrazenie bycia mocno powierzchownej…Wroclam do swojego pokoju i zauwazylam ze stara, obrzydliwie pomaranczowa kapa na lozku, pomimo, ze pachnie proszkiem do prania, to ma jakies plamy i dziure po papierosie. Sciana nad lozkiem ma szare plamy, a tania lampka z Ikei ma ulamana nozke. Stol to drewniany blat na aluminiowych skladanych nogach (takich jak w stojakach na pranie) - juz rok temu zauwazylam, ze to tutaj bardzo popularne rozwiazanie dla stolu. Pokoj ma niebywala zalete w postaci balkonu - tylko jakis taki szary ten balkon, o powierzchni 1 m kwadratowego. Rozpakowalam sie itd… a Catarina zapytala, czy pokoj i mieszkanie mi sie podoba. Coz…powiedzialam, ze jest O.K…. Ehhh :P
Ach, byla jeszcze na tyle mila, ze przyniosla mi z restauracji, w ktorej pracuje, marchewkowego muffinka i jakas bulke na sniadanie. Ale coz, gdyby porownac to do lunchy i kolacji w domu Beki to jednak Catarina wypadla dosc blado… ;P Ale jest sympatyczna.
Bilet kupiony =) 29 kwietnia do Lizbony na staż xD
Posted by Naat | Posted in Lisboa | Posted on 05-07-2008
Iwo przybył z dalekiego, północnego, “zimnego” kraju, Polską zwanego. Przybył o godzinie 1 w nocy na lotnisko w Lizbonie i do pierwszego autobusu do Caldas, który odchodzi o 7 rano, musieliśmy przekoczować w hali odlotów. Hala odlotów nadaje się do koczowania lepiej niż hala przylotów, ponieważ krzesełka w niej umieszczone nie mają poręczy, dzięki czemu można się na nich położyć. Jednakże i tak są niemiłosiernie niewygodne. Czekanie do rana i usiłowanie przespania się to była katorga. Inni ludzie byli dużo lepiej przygotowani niż my - mieli śpiwory albo koce i bez cienia konsternacji rozkładali się na podłodze. Dzięki tanim liniom lotniczym, które mają połączenia w nocy, lotnisko w Lizbonie nocą zamienia się w noclegownię :P
Gdy już domęczyliśmy się do godziny 6.00, poszliśmy na przystanek autobusowy i pojechaliśmy na dworzec autobusowy. Musieliśmy się raz przesiadać, a za każdy przejazd bilet kosztował 1,40 euro. Transport w Portugalii tani nie jest. Na dworcu kupiliśmy sobie śniadanie w kawiarni, kanapka i obowiązkowo pastel de nata :] (na obrazku widać)
W Caldas byliśmy o 8.30 i od razu poszliśmy spać. A wieczorem były urodziny Goncalo - poszliśmy na dinner do knajpy, gdzie Iwo i Marcio zamówili “Francuzeczkę” (nie wiem kto mądry wymyślił tą nazwę:P) czyli chlebową zapiekankę z różnymi rodzajami kiełbas i sera; my wzięliśmy filet z kurczaka panierowany wiórkami kokosowymi - ciekawe połączenie smakowe ;) Jedzenia i picia było tyle, że nie zmęczyliśmy wszystkiego. A w domu czekało (znów nieco przypalone :/) ciasto =)
Domingo (niedziela):
Wstałyśmy późno i zanim się pozbierałyśmy do wyjścia było ok. 11.00. W dodatku zgodziłyśmy się poczekać na Marcio, który obiecał zaprowadzić nas do miejsca, gdzie są dobre śniadania. Niestety, zanim on wyszedł, zanim poszliśmy do bankomatu, zanim znalazł to miejsce była już pora lunchu, w dodatku w barze nie było wolnych miejsc. Zaczęliśmy więc szukać innego miejsca, w którym można by coś zjeść, ale w niedzielę o tej porze spora część restauracji była zamknięta. W końcu trafiliśmy do jakiegoś pawilonu ze sklepami i z barami szybkiej obsługi. Za 5 euro dostałam posiłek zbliżony do tego, co jest w kantynie. Natalia wybrała McDonalds (lub jak to określa Anita - McShit ;P). Marcio zamówił zupę, u nas nazwano by ją zapewne gulaszową - była gęsta, miała w sobie dużo kiełbasy, kluski i fasolę, wyglądała jak fasolka po bretońsku.
O 15.00 miałyśmy być u prof. Miguela Baptisty. Marcio przyjrzał się mapce, którą narysował Natalii Baptista i stwierdził, że odprowadzi nas do miejsca, gdzie mamy wsiąść w tramwaj, bo jest ono niedaleko i nie musimy jechać tam metrem (jak sugerował Baptista). Rzeczywiście, to przystanku tramwajowego było niedaleko, ale gdy tam doszliśmy sprawy się zaczęły komplikować, bo Marcio nie za bardzo się odnajdywał w przestrzeni. Zapytałam się go, gdzie możemy kupić bilet, bo sklepy były zamknięte i też nie bardzo umiał odpowiedzieć, Natalia zasugerowała, że możemy pójść piechotą, bo to chyba niedaleko, Marcio zaczął pytać o drogę przechodniów, nie wiedzieliśmy który numer tramwaju tam jedzie… ogólnie nie mogliśmy się dogadać ani z sobą ani z przechodniami, a Natalia zaczęła się denerwować, że się spóźnimy… w końcu postanowiliśmy, ze pójdziemy dwie przecznice dalej, bo może kawiarnia Cafe Cafe, czyli jeden z punktów orientacyjnych na mapie, jest już tak blisko. Więc poszliśmy… i szliśmy… i szliśmy… i szliśmy… w międzyczasie Marcio stwierdził, ze on przecież nie chce się spotykać z Baptistą, bo go nie lubi, więc on już sobie wróci do domu, po drodze wchodząc do muzeów (w niedzielę wstęp wolny). A my szłyśmy dalej… i szłyśmy… i szłyśmy. Oczywiście złe, bo niepotrzebnie słuchałyśmy Marcio, który twierdził, że to niedaleko, a w sumie to sam nie wiedział gdzie to w ogóle jest. Straciłyśmy przez niego już kilka godzin.
W końcu doszłyśmy prawie pod sam Most 25 kwietnia i znalazłyśmy Cafe Cafe, potem jeszcze trochę pobłądziłyśmy, bo Baptista też nie ma, widać, talentu do opanowywania przestrzeni (choć jest projektantem :P), przynajmniej tej, którą musi przekształcić w dwuwymiarową mapę… W końcu, spóźnione pół godziny, znalazłyśmy jego pracownię.
Jego pracownia jest świetna, ładny wystrój i miła atmosfera, przy małej uliczce, więc cicho, wielkie okno na całą ścianę… W sumie spotkanie sprowadziło się do prezentacji jego twórczego dorobku w postaci portfolio na komputerze. Jego prace bardzo nam się podobały. Oprócz projektowania przedmiotów (wszystkie minimalistyczne, proste, eleganckie) Baptista zajmował się też przez 12 lat organizacją Lizbon Fashion Week i projektował wystawy. Ogólnie bardzo różnorodne zajęcia i wszystkie na wysokim poziomie. Jesteśmy dumne z siebie, że znamy znanego projektanta ;P
A tu jego strona, niestety jeszcze nic na niej nie ma ;P www.mvbfactory.com
Po pożegnaniu z Baptistą poszłyśmy na przystanek tramwajowy i pojechałyśmy do Belem, dzielnicy kulturalnej. Jest tam m.in. klasztor z przepięknym kościołem - pierwszy raz widziałam, ale w transepcie były ustawione ławki dla wiernych. Potem poszłyśmy do CCB - Cultural Centre of Belem. To duży budynek, w którym mieszczą się muzea, teatr i galeria Barroto - galeria sztuki nowoczesnej, gdzie się udałyśmy. Była już 18.00 a o 19.00 zamykali, więc bardzo szybko musiałyśmy obejrzeć ekspozycje. Po tym wróciłyśmy do naszej linii tramwajowej nr.15 i okazało się, ze drogę do domu mamy bardzo prostą. Wysiadłyśmy na Cais Sodre i piechotą poszłyśmy do domu. Po drodze, na deptaku zaczepił nas chłopak z Senegalu - zaszedł nas od tyłu, więc trochę się wystraszyłyśmy, że może to jakaś mafia narkotykowa albo co ;P Ale okazał się być sympatyczny, tylko nie za dobrze mówił po angielsku… i długo nie chciał się odczepić ;P Opowiadał o Senegalu, o tym, że jest piłkarzem i żył już w Turcji, chyba w Belgii i we Francji, o ile dobrze pamiętam. Strasznie się ucieszył, ze nas poznał, bo - jak tłumaczył - czasem spotyka ludzi i oni nie chcą z nim rozmawiać…. nie powiedział tego, ale zapewne chodziło mu o rasizm.
[salbum=18,n,n,left,clear]Po powrocie umówiłyśmy się na dinner z Jose. Pojechaliśmy na pizzę, podobno najlepszą w mieście. Pizzeria była pełna i chyba z pół godziny czekaliśmy aż zwolnią się dla nas miejsca. Jedzenie rzeczywiście było wyśmienite. Na przystawkę Jose zamówił opiekaną mozarellę, która smakowała niemal identycznie jak opiekany oscypek. Wróciliśmy szybko do domów, bo trzeba było się szykować do drogi - udało nam się wyprosić, aby Jose odwiózł Natalię na lotnisko, bo samolot miała o 7.00 a żadne środki komunikacji o 5 nad ranem w Lizbonie do lotniska nie dojeżdżają :/ Z kolei ja się załapałam na podwiezienie do Caldas, bo Jose jechał do ESAD na zajęcia od samego rana. To wszystko oczywiście równało się - bardzo mało snu :/
Sabado (sobota):
Planowalysmy pojechac do stolicy najwczesniejszym autobusem - o 7.00, ale jako, ze poszlysmy spac kolo 5.00/6.00 to zdazylysmy na autobus o 9.30 - wiec w Lizbonie bylysmy ok. 11.00. Zostawilysmy walize i torbe w przechowalni bagazu (2,50?/dzien), niestety punkt jest otwarty tylko do 18.00, ale postanowilysmy sie tym martwic pozniej. Przeszlysmy na stacje metra, ktora jest tuz obok (wszyscy szli w tym kierunku ;P) i potem stracilysmy inwencje tworcza co do kierunku, w ktorym sie udac. Zorientowalysmy sie, ze jestesmy obok ZOO, o ktorym wspominal nam Jose, przeszlysmy wiec na druga strone baaardzo szerokiej ulicy, na ktorej chyba przejscia dla pieszych nie istnieja, i znalazlysmy sie przed wejsciem do ogrodu, i bardzo tam smierdzialo ;P Staralysmy sie isc w strone slonca - to byla kolejna rada Jose: zawsze starajmy sie isc w storne rzeki, ktora jest *zazwyczaj* na poludniu ;P). Skonczylo sie na tym, ze weszlysmy w jakies osiedle a potem znow do wielkiej ulicy… i juz myslalam, ze zrobilysmy kolko i znow wyladujemy na dworcu, kiedy okazalo sie, ze dotarlysmy do reprezentacyjnej ulicy z samymi hotelami, restauracjami i bankami (Avenida dos Combatantes), ktora doszlysmy do Praça de Espanha (Plac hiszpaski). Tam skontaktowal sie z nami Jose, powiedzial nam jak dojechac metrem do stacji Cais do Sodre, gdzie bedzie na nas czekal.
W miedzyczasie poszlysmy do pieknego Ogrodu Gulbenkian. Posiedzialysmy troche w miejscu, gdzie znajduje sie scena, na ktorej akurat odbywal sie trening capoeiry i otoczyly nas golebie… Ogrod jest czescia kompleksu Muzeum Calouste Gulbenkiana, armenskiego biznesmana, ktory zyl w latach 1869-1955, dorobil sie na interesach z ropa ogromnego majatku, ktory zainwestowal w sztuke. Zalozyl fundacje swojego imienia, ktora siedzibe ma w Lizbonie. Niestety nie mialysmy juz czasu, aby zwiedzic muzeum. To bedzie punkt programu nastepnej wycieczki do stolicy :]
Odezwal sie tez do mnie Rui, ktory przyjechal do Lizbony na festiwal animacji Monstra i zapytal, czy chcemy pojsc z nimi o 21.30 na ten festiwal. No pewnie, ze chcialysmy :]
W metrze mily pan z obslugi pomogl nam okielznac maszyne do wydawania biletow. Bilet w jedna strone, wraz z karta, na ktora “nabija sie” kolejne bilety, kosztowal 1,25?. Bez karty jeden przejazd to 75 centow, w obie strony 1,40?… Ceny biletu tramwajowego nawet wyzsze - jeden przejazd 1,35?. Bilet do kolejki, ktora pokonuje najbardziej storme ulice 1,30? (jedzie moze z 5 minut). Ogolnie transport tani nie jest. W sumie przez te dwa dni na 5 biletow wydalysmy 6.65? a i tak dwa razy nie skorzystalysmy z komunikacji (o czym bedzie potem).
Spotkalysmy Ze i poszlismy do jego firmy, poniewaz wraz z jego szefem Paulem mielismy pojsc na lunch do brazylijskiej restauracji, gdzie serwuja pyszne mieso (juz sobie wyobrazalysmy ile stracimy tam pieniedzy ;P). Firma Illusive znajduje sie blisko Rua do Ouro, ulicy-deptaka ze sklepami i, jak sie potem okazalo, takze niedaleko domu siostry Marcio, u ktorej mialysmy nocowac. Biuro nie jest duze, ale jest w nim mnostwo komputerow, chyba ze 25 (pracuje tam 18 osob), i jest troche ciasno, ale atmosfera przytulna. Czekalismy az Paulo dokonczy prace i pojechalismy jego samochodem, chociaz restauracja byla niedaleko. Jedzenie bylo pyszne - mieso chyba wolowe, pokrojone w cienkie paski, zrobione na ruszcie, jedno z czosnkiem, drugie bez, do tego dwa wielgachne ziemniaki z sosem czosnkowym, ryz, czarna fasola w sosie, salatka zwykla - salata, marchewka, ale z pysznym sosem. Wszystko dostalismy na srodek stolu i kazdy nakladal ile chcial na swoj talerz. No po prostu sie mozna bylo rozplynac nad tym jedzeniem :D A na koniec Jose powiedzial, ze za wszystko placi on :]
Niestety, w restauracji spedzilismy chyba ze 2,5 godziny! Bylo juz po 16.00 kiedy wyszlismy i Ze zaproponowal pojscie na zamek. Ale musielismy najpierw pojechac po nasze bagaze i przetransportowac je do firmy na przchowanie, bo z Marcio mialysmy sie spotkac dopiero wieczorem, gdyz dopiero o 19.00 przylatywal do Lizbony. Ruszylismy wiec na zamek. Droga wydawala sie prosta, bo bylo go widac - wystarczylo tylko isc w jego kierunku pod gorke… Tylko, ze ulica byla jedna dluga spirala i gdy juz sie wydawalo, ze dochodzimy do jakiegos wejscia, okazywalo sie, ze trzeba isc dalej. W koncu doszlismy, przechodzilismy nawet przez jakies ruiny domow…no reprezentacyjnie to ta okolica zamkowa nie wyglada ;P Zreszta sam zamek tez zadna rewelacja, a wstep kosztowal 5? ;P Akurat odbywal sie na nim jakis festyn, byla glosna muzyka i mnostwo stoisk z pamiatkami, torbami, bizuteria i innymi pseudo-sredniowiecznymi gadzetami.
Wrocilismy do Illusive po bagaze, pobawilam sie tabletem, ktory jest boooski i ja chce taki!!! =) Spotkalismy sie z Marcio i poszlysmy do domu jego siostry, ktory znajduje sie w sasiedztwie duzej, koncowej stacji kolejowej - Terminal do Rossio. Jego siostra jest troche dziwna i sie jej balysmy ;P Prawie nic nie mowi, przez co sprawiala wrazenie, jakby ledwo co nas tolerowala w swoim domu. Zjedlismy obiad… maly byl ;P i poniewaz Marcio nie chcial tego wieczoru nigdzie wychodzic, umowilysmy sie znow z Ze. Poszlismy do baru z niesamowitym wystrojem wnetrza - styl konca XIX wieku, torche secesji, duzo pomieszczen, waskie korytarzyki, drewno… i na absolutnie wszystkich scianach przeszklone gabloty ze starymi, XIX wiecznymi zabawkami. I kelnerzy w wieku 50+ w czerwonych kamizelkach. Dosc dlugo musielismy czekac na wolne miejsca. Zamowilam drinka bezalkoholowego, ale za to z galka lodow pistacjowych =) Pycha. 5?. To byla jedna z najtanszych pozycji ;P
[salbum=17,n,n,left]Potem poszlismy jeszcze przejsc sie po Bairro Alto (bairro - dzielnica, okolica, sasiedztwo; alto - wysoki, polozona wysoko) - dzielnicy waskich uliczek z pubami czesto wielkosci malego pokoiku, w ktorych kupuje sie drinki i wychodzi na ulice, aby wypic go idac do nastepnego baru. Uliczki przez to sa bardzo zatloczone i na kazdym rogu dealerzy usiluja sprzedac ci haszysz i inne rzeczy. W jednym z barow kupilismy drinki, ja wzielam Mojito, drink na bazie karaibskiego rumu, z limonka i mieta, ten mial anyzkowy posmak. Natalia pila tez cos brazylijskiego, z jagodami chyba, bo miala caly jezyk czarny :)
I to by było na tyle z pierwszego dnia…