Biuro współpracy z zagranicą w Leirii miło zaskoczyło mnie mailem kilkanaście dni temu - otóż zorganizowano jednodniową darmową wycieczkę dla Erasmusów po regionie Oeste - Leiria, Batalha, Praia de S. Pedro de Moel, Nazaré (gdzie jedliśmy lunch) i Óbidos. Z naszej 11 osobowej grupy erasmusów tylko Anita, Balazs i ja chcieliśmy jechać. Zastanawialiśmy się ile w sumie osób będzie na tej wycieczce, wydawało nam się, ze niedużo, bo ile może być erasmusów w jednej szkole? 30? I jeszcze 2/3 nie będą chciały jechać?
[salbum=19,n,n,left] W sobotę o 9.00 pod szkołą mieliśmy “zbiórkę” naszej trójki, przyjechał po nas bus i pojechaliśmy do Peniche, gdzie znajduje się inny wydział politechniki, skąd mieliśmy zabrać jeszcze jedną osobę. Na miejscu okazało się jednak, że nikt się nie pojawił - czekaliśmy kilkanaście minut, dzięki czemu mogłam obfotografować klify, ocean i Balazsa ;) Peniche to piękne miejsce, koniecznie muszę tam ponownie pojechać na foto-łowy =)
Wsiedliśmy do samochodu, w drodze usiłowaliśmy nadrobić brak snu, okazało się, że jesteśmy już na tyle spóźnieni, że nasza wycieczka zdążyła już opuścić Leirię, więc nasz sympatyczny kierowca zawiózł nas od razu do Batalhii. Tam onaleźliśmy naszą grupę zwiedzającą klasztor i spotkaliśmy Anę Cecilię, żelazną damę, tudzież DOMINĘ, miłość życia Balazsa ;) (doszedł do takiego wniosku, gdy pierwszy raz odwiedzał Leirię), czyli główną koordynatorkę ds. studentów zagranicznych, która rządzi całym tym interesem. W rządzeniu się naprawdę spełnia ;P Przywitała nas i od razu powiedziała, że zbiórka pod autokarem jest o 11.00. Była 10.30. Zwiedzić zabytek w tym czasie nie dałoby rady, więc postanowiliśmy pójść na kawę, aby się obudzić i zjeść śniadanie (drugim ważnym celem była toaleta). O 11.00 byliśmy w autokarze, ale ruszyliśmy jakieś pół godziny później, bo nie wszyscy okazali się być tak puntualni jak my :P Zagadał do mnie chłopak siedzący po drugiej stronie przejścia - po angielsku: skąd jestem. Powiedziałam, że z Polski, a on powiedział po polsku, że on też :] Okazało się, że w sumie w wycieczce brało udział 10 Polaków. Ale pozostałych osób nie poznałam. Jednakże najliczniejsza nacją tam obecną byli Chińczycy, potem Brazylijczycy i Hiszpanie. W sumie cały wielki autokar.
W drodze do plaży Sao Pedro de Moel przejeżdżaliśmy przez park narodowy, założony i posadzony na rozkaz króla D. Dinis. Rosną tam wieeelkie drzewa… ;P Sosny, platany i inne, których nazw nie znam… Domina i pozostałe dwie panie przewodniczki postanowiły, ze wysiądziemy i pokonamy kilometr piechotą - po to, aby spalić ciastko - pastel de nata, którym każdy został uprzednio poczęstowany. Jak usłyszeliśmy ten argument mało z foteli nie spadliśmy nie spadliśmy :> No więc pielgrzymka ruszyła, daleko nie było, widoki przepiękne, prawie jak puszcza, po chwili zobaczyliśmy autokar i dalej w drogę. Dojechaliśmy do S. Pedro, autokar się zatrzymał, a jedna z przewodniczek - potem się dowiedziałam, że to ponoć dyrektorka naszego ESAD - powiedziała “No to teraz macie 5 minut. 5 MINUT!”. I to miał być pobyt na plaży? 5 minut?? Więc zdążyliśmy wysiąść, przejść się kawałek do latarni morskiej, zrobić zdjęcia i już trzeba było wracać…. I znów w drogę - do Nazare. Tam czekał lunch :] W drodze jeszcze raz się zatrzymaliśmy i z niedowierzaniem usłyszeliśmy tekst “No to teraz macie 1 minutę - możecie zrobić zdjęcia”. Zaczęliśmy się zlewać z całej tej sytuacji - tu 5 minut, tam jedna, tu macie robić zdjęcia, teraz macie iść, teraz macie zwiedzać 10 minut, potem macie jeść 30 minut….
Ale lunch był naprawdę pyszny - zupa-krem, ryba, ziemniazki, sałatka i nawet deser i kawa, w restauracji na plaży (w zasadzie nad plażą). Siedzieliśmy przy stole z Kamilem (Polakiem, jedynym którego tam poznałam), trzema Hiszpanami i Chińczykiem, który wyglądał na bardzo nieśmiałego i zagubionego w świecie człowieka (ciekawe kto go wypchnął na taką wyprawę na drugi koniec świata). Nazare to ciekawa miejscowość - położona w połowie przy plaży, nisko, na poizomie morza, w połowie na wysokim klifie, na który można wjechać specjalną kolejką. Niestety, nie dane nam było nawet jej zobaczyć, bo tuż po lunchu oczywiście - 5 minut i do autokaru, do Óbidos. Tam mieliśmy aż godzinę! A ponieważ już byliśmy w Óbidos, to od razu poszliśmy na poszukiwanie ginji (ginja - likier czereśniowy), którą tam podają w czekoladowych kieliszkach =) (za 1 euro). Na głównej uliczce Óbidos, gdzie są tylko sklepy dla turystów i gastronomia, jest kilka barów wręcz na ulicy, wystarczy stół, wielka butla ginji i paczki kieliszków z czekolady. Przesliśmy się tamtędy, a potem zleźliśmy knajpę z ogórdkiem, żeby usiąść w słońcu, bo za ciepło to nie było… Pogoda się zepsuła permanentnie już w kwietniu :(
Niebawem dosiedli się do nas się Hiszpanie i Chińczyk. Okazało się, że tej nocy w Leirii jest koncert rockowy, a po nim “alernative disco” :> i czy chcemy pojechać z nimi, mają nas gdzie przenocować. Propozycja była kusząca, ale po dłuuuugich przemyśleniach wybraliśmy spanie we własnych łóżkach. Więc zostaliśmy odwiezieni do Caldas, a wycieczka pojechała jeszcze do Peniche (ciekawe ile minut tam mieli, pewnie mniej niż ja rano, gdy czekaliśmy aż pojawi się student-widmo ;P)
Podsumowując - wycieczka była wręcz przeorganizowana, dobrze, że w większości miejsc już byliśmy, bo nic byśmy nie byli w stanie zwiedzić :P Ludzi poznaliśmy niewielu, bo każdy był zajęty w swoim towarzystwie - ale ci, których poznaliśmy byli bardzo sympatyczni. Ale najlepsze było to, że świetnie się bawiliśmy tylko w naszej trójce, co chwila żartując ze wszystkiego. Anita i Balazs to doprawdy doborowe towarzycho ;D