Quinta da Regaleira

0

Posted by Naat | Posted in kultura, podróż, weekend | Posted on 23-05-2009

W czwartek w pracy rzuciłam pomysł, żebyśmy wybrali się do ZOO w weekend i wyszlo na to, że z Dalilą i jej chłopakiem oraz Camilą się wybierzemy, ale do Sintry, do Quinta da Regaleria, miejsca, które gorąco polecił nam Nuno. Quinta to rezydencja z wielkim ogrodem w stylu sentymentalnym “z atrakcjami” w postaci jaskiń, stawów, grot, rzeźb, wież, placyków, kamiennych ławek, ze studnią bez wody do wnętrza której można zejść i nawet z kortem tenisowym.

Umówiliśmy się o 12.00 na stacji w Sintrze, ale oczywiście a) nie wyrobiliśmy się z dojazdem na tą godzinę, bo wyszliśmy z domu o 11.30 po czym uciekł nam pociąg i czekaliśmy na następny prawie pół godziny; b) Rui, chłopak Dalili musiał od rana coś załatwić, więc nie zdąrzyli na czas; c) Camila napisała SMSa, że w końcu nie wie, czy my wszyscy jedziemy do Sintry czy nie, bo wczoraj nikt o tym nie rozmawiał (tak jakby deyzcja z czwartku musiała zostać jeszcze 5 razy powtórzona w piątek) i że w związku z tym ona nie da rady przyjechać. Więc w końcu spotkaliśmy się w czwórkę o 13.00 i poszliśmy do Quinta, gdzie najpierw zjedliśmy lunch w postaci “pikniku”. Ostało się jeszcze dużo naleśników, które miały nadzienie z dżemu albo ze straciatelli i oczywiście wszyscy chcieli trafić na straciatellę :P No a reszta będzie w opisach pod zdjęciami, które niebawem…

Quinta da Regaleira w Wikipedii, po angielsku
Strona oficjalna
Filmik ze stron Onetu - uwaga na fatalną wymowę portugalskich nazw :P
Chyba inny filmik - nie wiem, bo nie mogę go odtworzyć

Muszę przyznać, że Quinta to miejsce, które w Sintrze podoba mi się najbardziej, choć Pałac Pena i Zamek są niczego sobie, to jednak od teraz każdemu kto jedzie Sintry mówię, żeby w pierwszej kolejności poszedł do Quinta da Regaleira!

Wycieczka objazdowa

1

Posted by Naat | Posted in Caldas da Rainha, podróż, weekend | Posted on 17-05-2009

No więc sobie elegancko samochodem pojechaliśmy i nakręciliśmy: Alcobaça, Nazaré, Sao Martinho, tylko przejechaliśmy przez Foz do Arelho i do Peniche. Jak dla mnie najpiększniejsze jest Peniche =) Nagraliśmy godzinę materiału, ciekawe jak Beqa zrobi z tego 2 minuty :>

Coimbra

0

Posted by Naat | Posted in podróż, weekend | Posted on 02-05-2009

Są foty, i podpisy pod fotami wyjąsniające co, kto, gdzie i jak - klikać, żeby się powiększyło i czytać, i klikać na szczałki pod opisem, żeby nawigować po zdjęciach. Wykonać!

;P

DoomsDay

0

Posted by Naat | Posted in Caldas da Rainha, podróż | Posted on 29-04-2009

Sroda zaczela sie dosc feralnie - prawie uciekl mi samolot… Wyjechalismy z Lodzi o 6.30 i o 8.30 stanelismy w korku pod Jankami, 13 km do Warszawy, a z 15 do lotniska…. O 9.40 zamykano odprawe i zdazylam doslownie w ostatniej chwili. To bylo jak w filmie - wpadlam na terminal, zobaczylam bramke, wlaczyly sie Rydwany Ognia w tle a ja w zwolnionym tempie ruszylam biegiem do check-in…. :D Nawet nie spojrzalam na wage bagazu, ale poprzedniego dnia mialam jeszcze 3 kg wolnego miejsca. Potem juz poszlo gladko - samolot wyladowal w Luton nawet przed czasem. Tam spotkalam Karola (pseudo Cage, autor podlinkowanego tutaj bloga o erasmusie w Coimbrze) i jego przyjaciela Pawla. Taki ten swiat maly - okazalo sie, ze lecimy do Portugalii w tym samym dniu, tym samym samolotem. Z tym, ze ja do roboty, a oni na wakacje - bo w Coimbrze odbywa sie festiwal studencki (czytaj: hektolitry darmowego piwa ;P )

Troche sobie posiedzielismy na tym lotnisku, bo samolot do Lizbony byl dopiero o 17. Przy ponownym check-in odkrylam ze moj bagaz akurat zmiescil sie w limicie 20kg - czyli jednak po dolozeniu suszarki, ksiazki i dwoch oscypkow te wolne 3 kg zniknely ;P Ten samolot tez szybciej lecial (aczkolwiek fakt, ze za mna siedzialo dziecko z ADHD wychowywane bezstresowo sprawil, ze lot wydal sie dwa razy dluzszy niz poprzedni…kopanie w moj fotel nie wystarczylo - trzeba bylo sie wczolgac pod moje siedzenie i pobawic sie moimi butami…) i wyladowalismy pol godziny przed czasem. A na miejscu juz czekala na mnie obstawa z transportem do Caldas :] A w Caldas pyszna kolacja z chaczapuri (imeretynskim) i ginja. Moje dary - zubrowka, oscypek i ptasie mleczko - poszly w odstawke - ale nie na dlugo ;)

Lisboa…looking forward!

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, podróż | Posted on 18-12-2008

Bilet kupiony =) 29 kwietnia do Lizbony na staż xD

O Alcobaça - Iwo

0

Posted by Naat | Posted in kultura, podróż | Posted on 22-07-2008

Szczęśliwie, by pojechać do Alcobaça nie musieliśmy zrywać się z łóżek bladym świtem i mogliśmy sobie pospać aż do… 9. O 10 wsiedliśmy do autobusu razem z Natalią, Kamilem i Natalią :). Planowaliśmy zwiedzić  ruiny zamku i klasztor Cystersów znajdujący się w tym miasteczku. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce widok z okien autobusu przekonał nas, że jeżeli chodzi o ruiny zamku to za bardzo nie ma co zwiedzać. Poszliśmy zatem od razu w stronę klasztoru.

Do budynków klasztornych przylega ogromny kościół. Z przewodnika dowiedzieliśmy się, że jest to pierwsza i największa świątynia gotycka w całej Portugalii. Wnętrze jest ascetyczne i chłodne, co mnie osobiście bardzo się podobało (żadnych barokowych “wykwitów” na ścianach, żadnego złota, żadnych amorków, ani świętych obrazków - czysto, cicho i pusto - po prostu pięknie ;) ). W transepcie świątyni znajdują się na przeciwko siebie dwa ładnie zdobione sarkofagi. Pierwszy z nich należy do króla Portugalii, Piotra Sprawiedliwego, drugi do jego ukochanej. Historia związana z tą parą jest jak żywcem wyjęta z Szekspira. Otóż Piotr, gdy był jeszcze księciem,  miał (jak na księcia przystało) poślubić hiszpańską księżniczkę. Ale niestety biedaczysko zakochał  się w damie dworu owej księżniczki - w pięknej Ines. Piotr poślubił co prawda księżniczkę (która z pewnością była szpetna i zrzędliwa), ale ta szybko zmarła. Wtedy to książę kazał sprowadzić Ines na dwór i nawet w tajemnicy wziął z nią ślub.  Dowiedziawszy się o poczyniach swego syna, tato Piotra, król Alfons, wiedziony podszeptami trzech arystokratów kazał zasztyletować Ines. Choć potem zrobiło mu się smutno (nie pomyślał chłopina) i chciał cofnąć rozkaz to niestety było już za późno. Ines została zamordowana. Minęło parę lat i Alfons, ponieważ był już względnie starym królem również wyciągnął kopyta. Na tron wstąpił Piotr i kazał odnaleźć arystokratów odpowiedzialnych za śmierć ukochanej.  Odnalazł dwóch z trzech spiskowców. Kierując się chrześcijańskim miłosierdziem kazał im wyrwać serca. Co więcej rozkazał ekshumować Ines, ubrać ją szaty królowej i posadzić na tronie obok siebie. Wszyscy poddani króla zobowiązani byli oddawać nieboszczce należne królowej honory i całować ją w dłoń. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie…

Po obejrzeniu kościoła poszliśmy zwiedzać budynki klasztorne. Cały klasztor jest w świetnie zachowany i robi naprawdę duże wrażenie. Szczególnie pięknie wygląda otoczony kolumnadą klasztorny dziedziniec, na którym rosną drzewka pomarańczowe. Gdy tak sobie po nim chodziliśmy, usłyszeliśmy nagle, że skądś dobiega organowa muzyka i kobiecy śpiew. Myślałem z początku, że może mają tu zainstalowane jakieś głośniki i puszczają turystom muzykę, by umilić im zwiedzanie. Okazało się jednak, że w jednej z klasztornych sal odbywał się koncert, a kobiecy wokal należał do mężczyzny. :)

Gdy zwiedziliśmy klasztor, poszliśmy na kawę. Następnie Natalka weszła do sklepu by obejrzeć chusty, a ja stałem na zewnątrz i chowałem się w cieniu drzewa. Plac przed klasztorem, na którym stałem był  wysypany piachem.  Zachwycił mnie geniusz Portugalczyków.  Po co wydawać kupę kasy, na trawę, którą i tak zaraz spaliło by słońce skoro można po prostu wysypać piach. Nie trzeba niczego kosić, podlewać etc. Doprawdy taniej to i rozsądniej. ;P

Po pewnym czasie Natalia w końcu wyszła ze sklepu z trzema chustami, choć chciała kupić tylko dwie. Sądzę, że starsza pani, która ten sklep prowadzi musi być nie lada specjalistką we wciskaniu turystom upominków i pewnie dodatkowo jest emerytowaną wykładowczynią marketingu.

Około 14 wsiedliśmy w autobus powrotny i pojechaliśmy do domu.

Wieczorem chcieliśmy pójść do naszej ulubionej pizzerii, ale niestety okazało się, że załoga sobie zrobiła urlop od 20 do 30 lipca. Padaka :/ Poszliśmy więc do innej pizzerii, ale było tam prawie dwa razy drożej…zatem poszliśmy do Leclerca, a tam było jeszcze drożej… w końcu wróciliśmy do poprzedniego lokalu, żeby nie paść z głodu i upału.

Sintra po raz drugi

0

Posted by Naat | Posted in podróż | Posted on 17-07-2008

Zerwaliśmy się bladym świtem = 6.oo, aby zdążyć pojechać do Lizbony autobusem o 7.00. Stamtąd metrem do dworca Rossio, gdzie wsiedliśmy w pociąg do Sintry - gdzie wylądowaliśmy o 10.00. Zaczęliśmy od Muzeum Sztuki Nowoczesnej, była tam wystawa 5 artystów z Madery: Nini Andrade Silva - malarka kamieni plażowych (wielkoformatowe obrazy, na których widnieją kamienie z plaży powiększone do rozmiarów 2 metrów…. ale ładne te obrazy, minimalistyczne w formie i kolorze, z ciekawą fakturą, z daleka wyglądają jak fotografie); duet fotograficzny DDiArte, których fotomontaże określono mianem barokowych (wg nas dość kiczowate); fotografka Bridget Jones, która zaprezentowała “fotograficznie klasyczne” portrety ludzi kultury z Anglii, które robiła przez ostatnie 20 lat; Emanuel Aguiar - malarz, który ostatnio zajmuje się portretem, na wielu płótnach namalowana była ta sama twarz, jednak formalnie każdy obraz był inspirowany innym nurtem sztuki nowoczesnej;  Sílvio Cró - rzeźbiarz, który w swoich rzeźbach łączy metal i polipropylen.

Niestety, Picassa i innych wielkich i znanych nie było w tym muzeum (pomimo, że sugerował to opis w przewodniku oraz napisy na ścianie wewnątrz), ponieważ jest to tylko oddział muzeum sztuki nowoczesnej w Belem - i to tam są te dzieła.

Następnym punktem programu był pałac narodowy (Palacio Nacionais) w Sintrze, gdzie weszliśmy za darmo - niech żyje legitymacja studencka ;) Zwiedziliśmy wnętrza, bogato wyposażone, i patio, ogólnie ciekawa sprawa. Potem poszliśmy do pałacu Pena, XIX-wiecznego pałacu niczym z bajki, położonego w dużym sentymentalnym parku. Architektura tego pałacu jest nietypowa, pełno w nim wieżyczek, cebulastych kopuł, tarasów, kolumienek, można go też w połowie obejść dookoła dzięki wystającej rampie z balustradą okalającą główną część budynku; gdzieniegdzie widać skały wkomponowane w ściany, które zresztą (ściany) mają różne kolory - żółte, pomarańczowe, różowe….

Pochodziliśmy trochę także po parku-ogrodzie, do którego sprowadzono wiele egzotycznych gatunków roślin - z których znaleźliśmy i rozpoznaliśmy tylko “zagajnik” ;) sekwoji. Ale nie mieliśmy dużo czasu, bo samo dojście do Pałacusporo zajmuje, a musieliśmy jeszcze wrócić do Sintry i zdążyć na autobus do Cabo da Roca (najdalej wysunięty na zachód punkt na mapie Europy). I niestety, spóźniliśmy się na ten o 16-coś, a następny był dopiero o 18-coś…. Byliśmy już głodni, mieliśmy z naszych zapasów już tylko bułkę i pomidora ;P poszliśmy do parku to zjeść, tam podjęliśmy decyzję, że nie chce nam się już jechać do Cabo da Roc, ale pozostały czas możemy wykorzystać na zwiedzenie muzeum zabawek. Niestety, gdy tam doszliśmy okazało się, że zamykają je za 20 minut… Więc w końcu wróciliśmy do Lizbony i do domu. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że autobus do Cabo da Roca w jedną stronę kosztuje 3,50 euro :| W ogóle w Sintrze wszystko jest dwa razy droższe niż w normalnym portugalskim mieście (tu oczywiście nie zalicza się Lizbona ;P), oczywiście z powodu tłumnie przybywających turystów.

A po powrocie do Caldas poszliśmy na pizzę, która była dobra, a nawet lepsza, bo tania ;)

Dookoła Peniche

0

Posted by Naat | Posted in podróż, weekend | Posted on 13-07-2008

Niedziela nie zapowiadała się ciekawie rano - we wtorek miałam mieć egzamin z typografii i usiłowałam jeszcze do ostatnich dni coś poprawiać. Ale uznałam, że to i tak bez sensu i postanowiliśmy gdzieś się ruszyć - np. do Peniche. Problematycznie jednak przedstawiały się finanse - na stronie Rede Expressos znaleźliśmy połączenie do Peniche, ale kosztowało 5,70euro w jedną stronę :/ Na szczęście gdy poszliśmy na dworzec okazało się, że jest też “normalny” autobus linii Tejo, który kosztował 3-coś tam. Więc pojechaliśmy bogatsi o w sumie 4 euro ;)

Po godzinie dojechaliśmy na miejsce i nie wiedzieliśmy za bardzo gdzie iść. Poszliśmy więc na kawę :] Tam powiedzieli nam, w którym kierunku znajduje się centrum. Udaliśmy się tam - prosto do informacji turystycznej. Musimy bardzo podkreślić, jak wspaniałą instytucją jest informacja turystyczna! Opowiedzą wam o wszystkim co warto zobaczyć, dadzą mapkę, rozkłady jazdy i można wziać dużo ładnych broszur i ulotek =) Pani nam dała mapkę i powiedziała, że półwysep można obejść w ok. 2,5 godziny i że warto iść do muzeum, które znajduje się w forcie. Poszliśmy, po drodze o mało nie zachodząc do portu (zresztą musi być tam ładnie, ale już nie było czasu, aby go zobaczyć z bliska). Fort robi wrażenie - znajduje się na skalistym występie, jest otoczony murem, który otacza też częściowo miasto (i nawet kiedyś była tam też fosa). W ogóle Peniche było kiedyś wyspą, ale ocean naniósł dużo piachu i teraz jest półwyspem - z kolei teraz ocean zabiera co kiedyś dał i ta erozja stanowi spory problem dla tego rejonu. Fort powstał w 17 wieku i pełnił ważną funkcję obronną do końca 19 wieku, a po wojnie w okresie dykatury Salazara zbudowano tam więzienie dla więźniów politycznych. Obecnie jest tam muzeum miasta - od historii, przez historię naturalną do etnografii i geologii, oglądaliśmy jednak tylko ekspozycję o więzieniu, propagandzie w czasach Salazara i rewolucji goździków.

Po zwiedzeniu fortu ruszyliśmy na podbój półwyspu - drogą wzdłuż wybrzeża do latarnii morskiej, która jest zbudowana na najdalej wysuniętym na zachód fragmencie półwyspu, a stamtąd dalej po klifach z powrotem do miasta. Po drodze napotkaliśmy kościół Remedios, który jest częściowo zbudowany pod ziemią. Wnętrze jest wyłożone azulejos (kafelkami). Poszliśmy też na wysunięty daleko w ocean cypel, który woda stopniowo wymywa z powierzchni map ;) W jednym miejscu jest on już tak wąski, że pewnie niedługo stanie się wyspą. Iwo znalazł tam kraba - siedział w jamce w skale. Nie wiedzieliśmy jak go stamtąd wywabić, w końcu Iwo dźgnął go oprawką okularów, a krabik podjął dzielnie wyzwanie :] Wyszedł z jamki gotowy do boju i wtedy zrobiłam mu zdjęcia :]

Droga powrotna zapowiadała się dość dramatycznie, ponieważ uważałam, że powinniśmy iść na ten przystanek, na którym wysiedliśmy z autobusu, Iwo natomiast optował za pójściem na dworzec. Myśleliśmy, że mamy już bardzo niewiele czasu, aby dotrzeć gdziekolwiek, bo byliśmy wciąż na obrzeżach miasta, ale okazało się, że tam wszędzie jest blisko - jak w Caldas ;) Poszliśmy na przystanek, a potem sprawdzić na dworcu - i okazało się, że autobus odjeżdża stamtąd i w dodatku wcale nie pojechał do przystanku na którym wysadzał ludzi rano!

W domu zobaczyliśmy się w lustrze i się przeraziliśmy stopniem spalenia ;P Przez cały dzień słońce przypiekało, ale nie było tego czuć z powodu silnego wiatru. [jak zwykle - klik w foto żeby przejść do albumu zdjęć]

6 godzin w siodle

0

Posted by Naat | Posted in podróż, weekend | Posted on 14-06-2008

Wstałam o 6.45!!! O 7.30 wyjechałam z domu, po drodze zatrzymując się na targu, aby kupić regionalne ciasteczka i marchewki. I w drogę… pod górkę… Już w Caldas okazało się, że będę jechać pod górkę. Poprzedniego dnia sprawdzałam drogę na google maps i usiłowałam skoncentrować swoją pamięć wzrokową… no ale nie wyszło idealnie, bo w pierwszej miejscowości zamiast jechać prosto, skręciłam i przejechałam kilka kilometrów zanim wróciłam na właściwą drogę - a najgorsze było to, że gdy zgubiłam drogę jechałam z górki! Więc wracać musiałam znów pod górkę… W końcu dotarłam do Salir de Matos, gdzie przyjechał po mnie samochodem Braunyng. Okazało się, że do jego domu było jeszcze bardziej pod górkę :P Bo można rzec, że mieszka on w górach. Nie są duże, ale dość strome, wzgórza właściwie, ale dużo ich jest, wyglądają przepięknie, malowniczo, niczym portugalskie Bieszczady =)

[salbum=24,n,n,left]Wyjechaliśmy konno ok. 10.30. Wróciliśmy o 18.30… Nogi mi cudem nie odpadły :P Co to był za tereeeen… Nie dociągałam popręgu od samego początku i przy pierwszym zjeździe z dłuuugiej górki wylądowałam z siodłem na szyi Haragona. Galopy pod górkę, wąwozy z niskimi gałęziami, upał, strasznie długi kawałek asfaltowej szosy, która przeprowadziła nas przez kilka wsi, w ostatniej był sklep, gdzie kupiliśmy lunch - banany i chipsy :P Zjedliśmy go w prawdziwym lesie - bo te, które mijaliśmy do tej pory były rzadkie, z rachitycznymi drzewkami. Siedzieliśmy sobie tak ze dwie godziny i ruszyliśmy w drogę powrotną. Oczywiście nie mogliśmy wrócić tą samą drogą, ani nawet drogą, którą znał Braunyng - postanowiliśmy odkryć nowe lądy ;) To w znacznej mierze okazało się być pakowaniem się w krzaczory, chaszcze okrutne, przedzieraniem się na przełaj przez łańcuchy wzgórz przez kłębowiska gałęzi, pnączy dzikich róż z kolcami i gigantycznych trzcin o ostrych, tnących liściach. Na koniec jeszcze nadrobiliśmy drogi, aby pojechać *w* strumieniu - ale tu już konie odmówiły współpracy :P I tak je podziwiam, były bardzo oddane i cierpliwe, że tyle nas niosły!

Nie zrobiłam wielu zdjęć, bo wolałam nie ryzykować fotografowania z konia, nigdy nie wiadomo, gdzie by poleciał mój aparat, gdyby nagle któryś z koni zdecydował się spłoszyć ;P I żałuję, że wielu rzeczy nie sfotografowałam, mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę rowerem, choć to kawaaał drogi….

PS. Zakwasy w niedzielę były straszne. W poniedziałek było jeszcze gorzej, ledwo wstałam z łóżka. Wtorek też był okrutny… Po tygodniu już było znośnie ;P [przyp. późniejszy :P]

Erasmus Day Trip

0

Posted by Naat | Posted in podróż, weekend | Posted on 17-05-2008

Biuro współpracy z zagranicą w Leirii miło zaskoczyło mnie mailem kilkanaście dni temu - otóż zorganizowano jednodniową darmową wycieczkę dla Erasmusów po regionie Oeste - Leiria, Batalha, Praia de S. Pedro de Moel, Nazaré (gdzie jedliśmy lunch) i Óbidos. Z naszej 11 osobowej grupy erasmusów tylko Anita, Balazs i ja chcieliśmy jechać. Zastanawialiśmy się ile w sumie osób będzie na tej wycieczce, wydawało nam się, ze niedużo, bo ile może być erasmusów w jednej szkole? 30? I jeszcze 2/3 nie będą chciały jechać?

[salbum=19,n,n,left] W sobotę o 9.00 pod szkołą mieliśmy “zbiórkę” naszej trójki, przyjechał po nas bus i pojechaliśmy do Peniche, gdzie znajduje się inny wydział politechniki, skąd mieliśmy zabrać jeszcze jedną osobę. Na miejscu okazało się jednak, że nikt się nie pojawił - czekaliśmy kilkanaście minut, dzięki czemu mogłam obfotografować klify, ocean i Balazsa ;) Peniche to piękne miejsce, koniecznie muszę tam ponownie pojechać na foto-łowy =)

Wsiedliśmy do samochodu, w drodze usiłowaliśmy nadrobić brak snu, okazało się, że jesteśmy już na tyle spóźnieni, że nasza wycieczka zdążyła już opuścić Leirię, więc nasz sympatyczny kierowca zawiózł nas od razu do Batalhii. Tam onaleźliśmy naszą grupę zwiedzającą klasztor i spotkaliśmy Anę Cecilię, żelazną damę, tudzież DOMINĘ, miłość życia Balazsa ;) (doszedł do takiego wniosku, gdy pierwszy raz odwiedzał Leirię), czyli główną koordynatorkę ds. studentów zagranicznych, która rządzi całym tym interesem. W rządzeniu się naprawdę spełnia ;P Przywitała nas i od razu powiedziała, że zbiórka pod autokarem jest o 11.00. Była 10.30. Zwiedzić zabytek w tym czasie nie dałoby rady, więc postanowiliśmy pójść na kawę, aby się obudzić i zjeść śniadanie (drugim ważnym celem była toaleta). O 11.00 byliśmy w autokarze, ale ruszyliśmy jakieś pół godziny później, bo nie wszyscy okazali się być tak puntualni jak my :P Zagadał do mnie chłopak siedzący po drugiej stronie przejścia - po angielsku: skąd jestem. Powiedziałam, że z Polski, a on powiedział po polsku, że on też :] Okazało się, że w sumie w wycieczce brało udział 10 Polaków. Ale pozostałych osób nie poznałam. Jednakże najliczniejsza nacją tam obecną byli Chińczycy, potem Brazylijczycy i Hiszpanie. W sumie cały wielki autokar.

W drodze do plaży Sao Pedro de Moel przejeżdżaliśmy przez park narodowy, założony i posadzony na rozkaz króla D. Dinis. Rosną tam wieeelkie drzewa… ;P Sosny, platany i inne, których nazw nie znam… Domina i pozostałe dwie panie przewodniczki postanowiły, ze wysiądziemy i pokonamy kilometr piechotą - po to, aby spalić ciastko - pastel de nata, którym każdy został uprzednio poczęstowany. Jak usłyszeliśmy ten argument mało z foteli nie spadliśmy nie spadliśmy :> No więc pielgrzymka ruszyła, daleko nie było, widoki przepiękne, prawie jak puszcza, po chwili zobaczyliśmy autokar i dalej w drogę. Dojechaliśmy do S. Pedro, autokar się zatrzymał, a jedna z przewodniczek - potem się dowiedziałam, że to ponoć dyrektorka naszego ESAD - powiedziała “No to teraz macie 5 minut. 5 MINUT!”. I to miał być pobyt na plaży? 5 minut?? Więc zdążyliśmy wysiąść, przejść się kawałek do latarni morskiej, zrobić zdjęcia i już trzeba było wracać…. I znów w drogę - do Nazare. Tam czekał lunch :] W drodze jeszcze raz się zatrzymaliśmy i z niedowierzaniem usłyszeliśmy tekst “No to teraz macie 1 minutę - możecie zrobić zdjęcia”. Zaczęliśmy się zlewać z całej tej sytuacji - tu 5 minut, tam jedna, tu macie robić zdjęcia, teraz macie iść, teraz macie zwiedzać 10 minut, potem macie jeść 30 minut….

Ale lunch był naprawdę pyszny - zupa-krem, ryba, ziemniazki, sałatka i nawet deser i kawa, w restauracji na plaży (w zasadzie nad plażą). Siedzieliśmy przy stole z Kamilem (Polakiem, jedynym którego tam poznałam), trzema Hiszpanami i Chińczykiem, który wyglądał na bardzo nieśmiałego i zagubionego w świecie człowieka (ciekawe kto go wypchnął na taką wyprawę na drugi koniec świata). Nazare to ciekawa miejscowość - położona w połowie przy plaży, nisko, na poizomie morza, w połowie na wysokim klifie, na który można wjechać specjalną kolejką. Niestety, nie dane nam było nawet jej zobaczyć, bo tuż po lunchu oczywiście - 5 minut i do autokaru, do Óbidos. Tam mieliśmy aż godzinę! A ponieważ już byliśmy w Óbidos, to od razu poszliśmy na poszukiwanie ginji (ginja - likier czereśniowy), którą tam podają w czekoladowych kieliszkach =) (za 1 euro). Na głównej uliczce Óbidos, gdzie są tylko sklepy dla turystów i gastronomia, jest kilka barów wręcz na ulicy, wystarczy stół, wielka butla ginji i paczki kieliszków z czekolady. Przesliśmy się tamtędy, a potem zleźliśmy knajpę z ogórdkiem, żeby usiąść w słońcu, bo za ciepło to nie było… Pogoda się zepsuła permanentnie już w kwietniu :(
Niebawem dosiedli się do nas się Hiszpanie i Chińczyk. Okazało się, że tej nocy w Leirii jest koncert rockowy, a po nim “alernative disco” :> i czy chcemy pojechać z nimi, mają nas gdzie przenocować. Propozycja była kusząca, ale po dłuuuugich przemyśleniach wybraliśmy spanie we własnych łóżkach. Więc zostaliśmy odwiezieni do Caldas, a wycieczka pojechała jeszcze do Peniche (ciekawe ile minut tam mieli, pewnie mniej niż ja rano, gdy czekaliśmy aż pojawi się student-widmo ;P)
Podsumowując - wycieczka była wręcz przeorganizowana, dobrze, że w większości miejsc już byliśmy, bo nic byśmy nie byli w stanie zwiedzić :P Ludzi poznaliśmy niewielu, bo każdy był zajęty w swoim towarzystwie - ale ci, których poznaliśmy byli bardzo sympatyczni. Ale najlepsze było to, że świetnie się bawiliśmy tylko w naszej trójce, co chwila żartując ze wszystkiego. Anita i Balazs to doprawdy doborowe towarzycho ;D