Domingo (niedziela):
Wstałyśmy późno i zanim się pozbierałyśmy do wyjścia było ok. 11.00. W dodatku zgodziłyśmy się poczekać na Marcio, który obiecał zaprowadzić nas do miejsca, gdzie są dobre śniadania. Niestety, zanim on wyszedł, zanim poszliśmy do bankomatu, zanim znalazł to miejsce była już pora lunchu, w dodatku w barze nie było wolnych miejsc. Zaczęliśmy więc szukać innego miejsca, w którym można by coś zjeść, ale w niedzielę o tej porze spora część restauracji była zamknięta. W końcu trafiliśmy do jakiegoś pawilonu ze sklepami i z barami szybkiej obsługi. Za 5 euro dostałam posiłek zbliżony do tego, co jest w kantynie. Natalia wybrała McDonalds (lub jak to określa Anita - McShit ;P). Marcio zamówił zupę, u nas nazwano by ją zapewne gulaszową - była gęsta, miała w sobie dużo kiełbasy, kluski i fasolę, wyglądała jak fasolka po bretońsku.
O 15.00 miałyśmy być u prof. Miguela Baptisty. Marcio przyjrzał się mapce, którą narysował Natalii Baptista i stwierdził, że odprowadzi nas do miejsca, gdzie mamy wsiąść w tramwaj, bo jest ono niedaleko i nie musimy jechać tam metrem (jak sugerował Baptista). Rzeczywiście, to przystanku tramwajowego było niedaleko, ale gdy tam doszliśmy sprawy się zaczęły komplikować, bo Marcio nie za bardzo się odnajdywał w przestrzeni. Zapytałam się go, gdzie możemy kupić bilet, bo sklepy były zamknięte i też nie bardzo umiał odpowiedzieć, Natalia zasugerowała, że możemy pójść piechotą, bo to chyba niedaleko, Marcio zaczął pytać o drogę przechodniów, nie wiedzieliśmy który numer tramwaju tam jedzie… ogólnie nie mogliśmy się dogadać ani z sobą ani z przechodniami, a Natalia zaczęła się denerwować, że się spóźnimy… w końcu postanowiliśmy, ze pójdziemy dwie przecznice dalej, bo może kawiarnia Cafe Cafe, czyli jeden z punktów orientacyjnych na mapie, jest już tak blisko. Więc poszliśmy… i szliśmy… i szliśmy… i szliśmy… w międzyczasie Marcio stwierdził, ze on przecież nie chce się spotykać z Baptistą, bo go nie lubi, więc on już sobie wróci do domu, po drodze wchodząc do muzeów (w niedzielę wstęp wolny). A my szłyśmy dalej… i szłyśmy… i szłyśmy. Oczywiście złe, bo niepotrzebnie słuchałyśmy Marcio, który twierdził, że to niedaleko, a w sumie to sam nie wiedział gdzie to w ogóle jest. Straciłyśmy przez niego już kilka godzin.
W końcu doszłyśmy prawie pod sam Most 25 kwietnia i znalazłyśmy Cafe Cafe, potem jeszcze trochę pobłądziłyśmy, bo Baptista też nie ma, widać, talentu do opanowywania przestrzeni (choć jest projektantem :P), przynajmniej tej, którą musi przekształcić w dwuwymiarową mapę… W końcu, spóźnione pół godziny, znalazłyśmy jego pracownię.
Jego pracownia jest świetna, ładny wystrój i miła atmosfera, przy małej uliczce, więc cicho, wielkie okno na całą ścianę… W sumie spotkanie sprowadziło się do prezentacji jego twórczego dorobku w postaci portfolio na komputerze. Jego prace bardzo nam się podobały. Oprócz projektowania przedmiotów (wszystkie minimalistyczne, proste, eleganckie) Baptista zajmował się też przez 12 lat organizacją Lizbon Fashion Week i projektował wystawy. Ogólnie bardzo różnorodne zajęcia i wszystkie na wysokim poziomie. Jesteśmy dumne z siebie, że znamy znanego projektanta ;P
A tu jego strona, niestety jeszcze nic na niej nie ma ;P www.mvbfactory.com
Po pożegnaniu z Baptistą poszłyśmy na przystanek tramwajowy i pojechałyśmy do Belem, dzielnicy kulturalnej. Jest tam m.in. klasztor z przepięknym kościołem - pierwszy raz widziałam, ale w transepcie były ustawione ławki dla wiernych. Potem poszłyśmy do CCB - Cultural Centre of Belem. To duży budynek, w którym mieszczą się muzea, teatr i galeria Barroto - galeria sztuki nowoczesnej, gdzie się udałyśmy. Była już 18.00 a o 19.00 zamykali, więc bardzo szybko musiałyśmy obejrzeć ekspozycje. Po tym wróciłyśmy do naszej linii tramwajowej nr.15 i okazało się, ze drogę do domu mamy bardzo prostą. Wysiadłyśmy na Cais Sodre i piechotą poszłyśmy do domu. Po drodze, na deptaku zaczepił nas chłopak z Senegalu - zaszedł nas od tyłu, więc trochę się wystraszyłyśmy, że może to jakaś mafia narkotykowa albo co ;P Ale okazał się być sympatyczny, tylko nie za dobrze mówił po angielsku… i długo nie chciał się odczepić ;P Opowiadał o Senegalu, o tym, że jest piłkarzem i żył już w Turcji, chyba w Belgii i we Francji, o ile dobrze pamiętam. Strasznie się ucieszył, ze nas poznał, bo - jak tłumaczył - czasem spotyka ludzi i oni nie chcą z nim rozmawiać…. nie powiedział tego, ale zapewne chodziło mu o rasizm.
[salbum=18,n,n,left,clear]Po powrocie umówiłyśmy się na dinner z Jose. Pojechaliśmy na pizzę, podobno najlepszą w mieście. Pizzeria była pełna i chyba z pół godziny czekaliśmy aż zwolnią się dla nas miejsca. Jedzenie rzeczywiście było wyśmienite. Na przystawkę Jose zamówił opiekaną mozarellę, która smakowała niemal identycznie jak opiekany oscypek. Wróciliśmy szybko do domów, bo trzeba było się szykować do drogi - udało nam się wyprosić, aby Jose odwiózł Natalię na lotnisko, bo samolot miała o 7.00 a żadne środki komunikacji o 5 nad ranem w Lizbonie do lotniska nie dojeżdżają :/ Z kolei ja się załapałam na podwiezienie do Caldas, bo Jose jechał do ESAD na zajęcia od samego rana. To wszystko oczywiście równało się - bardzo mało snu :/

