Lisboa day 2

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, kultura, podróż, weekend | Posted on 11-05-2008

Domingo (niedziela):

Wstałyśmy późno i zanim się pozbierałyśmy do wyjścia było ok. 11.00. W dodatku zgodziłyśmy się poczekać na Marcio, który obiecał zaprowadzić nas do miejsca, gdzie są dobre śniadania. Niestety, zanim on wyszedł, zanim poszliśmy do bankomatu, zanim znalazł to miejsce była już pora lunchu, w dodatku w barze nie było wolnych miejsc. Zaczęliśmy więc szukać innego miejsca, w którym można by coś zjeść, ale w niedzielę o tej porze spora część restauracji była zamknięta. W końcu trafiliśmy do jakiegoś pawilonu ze sklepami i z barami szybkiej obsługi. Za 5 euro dostałam posiłek zbliżony do tego, co jest w kantynie. Natalia wybrała McDonalds (lub jak to określa Anita - McShit ;P). Marcio zamówił zupę, u nas nazwano by ją zapewne gulaszową - była gęsta, miała w sobie dużo kiełbasy, kluski i fasolę, wyglądała jak fasolka po bretońsku.

O 15.00 miałyśmy być u prof. Miguela Baptisty. Marcio przyjrzał się mapce, którą narysował Natalii Baptista i stwierdził, że odprowadzi nas do miejsca, gdzie mamy wsiąść w tramwaj, bo jest ono niedaleko i nie musimy jechać tam metrem (jak sugerował Baptista). Rzeczywiście, to przystanku tramwajowego było niedaleko, ale gdy tam doszliśmy sprawy się zaczęły komplikować, bo Marcio nie za bardzo się odnajdywał w przestrzeni. Zapytałam się go, gdzie możemy kupić bilet, bo sklepy były zamknięte i też nie bardzo umiał odpowiedzieć, Natalia zasugerowała, że możemy pójść piechotą, bo to chyba niedaleko, Marcio zaczął pytać o drogę przechodniów, nie wiedzieliśmy który numer tramwaju tam jedzie… ogólnie nie mogliśmy się dogadać ani z sobą ani z przechodniami, a Natalia zaczęła się denerwować, że się spóźnimy… w końcu postanowiliśmy, ze pójdziemy dwie przecznice dalej, bo może kawiarnia Cafe Cafe, czyli jeden z punktów orientacyjnych na mapie, jest już tak blisko. Więc poszliśmy… i szliśmy… i szliśmy… i szliśmy… w międzyczasie Marcio stwierdził, ze on przecież nie chce się spotykać z Baptistą, bo go nie lubi, więc on już sobie wróci do domu, po drodze wchodząc do muzeów (w niedzielę wstęp wolny). A my szłyśmy dalej… i szłyśmy… i szłyśmy. Oczywiście złe, bo niepotrzebnie słuchałyśmy Marcio, który twierdził, że to niedaleko, a w sumie to sam nie wiedział gdzie to w ogóle jest. Straciłyśmy przez niego już kilka godzin.

W końcu doszłyśmy prawie pod sam Most 25 kwietnia i znalazłyśmy Cafe Cafe, potem jeszcze trochę pobłądziłyśmy, bo Baptista też nie ma, widać, talentu do opanowywania przestrzeni (choć jest projektantem :P), przynajmniej tej, którą musi przekształcić w dwuwymiarową mapę… W końcu, spóźnione pół godziny, znalazłyśmy jego pracownię.

Jego pracownia jest świetna, ładny wystrój i miła atmosfera, przy małej uliczce, więc cicho, wielkie okno na całą ścianę… W sumie spotkanie sprowadziło się do prezentacji jego twórczego dorobku w postaci portfolio na komputerze. Jego prace bardzo nam się podobały. Oprócz projektowania przedmiotów (wszystkie minimalistyczne, proste, eleganckie) Baptista zajmował się też przez 12 lat organizacją Lizbon Fashion Week i projektował wystawy. Ogólnie bardzo różnorodne zajęcia i wszystkie na wysokim poziomie. Jesteśmy dumne z siebie, że znamy znanego projektanta ;P

A tu jego strona, niestety jeszcze nic na niej nie ma ;P www.mvbfactory.com

Po pożegnaniu z Baptistą poszłyśmy na przystanek tramwajowy i pojechałyśmy do Belem, dzielnicy kulturalnej. Jest tam m.in. klasztor z przepięknym kościołem - pierwszy raz widziałam, ale w transepcie były ustawione ławki dla wiernych. Potem poszłyśmy do CCB - Cultural Centre of Belem. To duży budynek, w którym mieszczą się muzea, teatr i galeria Barroto - galeria sztuki nowoczesnej, gdzie się udałyśmy. Była już 18.00 a o 19.00 zamykali, więc bardzo szybko musiałyśmy obejrzeć ekspozycje. Po tym wróciłyśmy do naszej linii tramwajowej nr.15 i okazało się, ze drogę do domu mamy bardzo prostą. Wysiadłyśmy na Cais Sodre i piechotą poszłyśmy do domu. Po drodze, na deptaku zaczepił nas chłopak z Senegalu - zaszedł nas od tyłu, więc trochę się wystraszyłyśmy, że może to jakaś mafia narkotykowa albo co ;P Ale okazał się być sympatyczny, tylko nie za dobrze mówił po angielsku… i długo nie chciał się odczepić ;P Opowiadał o Senegalu, o tym, że jest piłkarzem i żył już w Turcji, chyba w Belgii i we Francji, o ile dobrze pamiętam. Strasznie się ucieszył, ze nas poznał, bo - jak tłumaczył - czasem spotyka ludzi i oni nie chcą z nim rozmawiać…. nie powiedział tego, ale zapewne chodziło mu o rasizm.

[salbum=18,n,n,left,clear]Po powrocie umówiłyśmy się na dinner z Jose. Pojechaliśmy na pizzę, podobno najlepszą w mieście. Pizzeria była pełna i chyba z pół godziny czekaliśmy aż zwolnią się dla nas miejsca. Jedzenie rzeczywiście było wyśmienite. Na przystawkę Jose zamówił opiekaną mozarellę, która smakowała niemal identycznie jak opiekany oscypek. Wróciliśmy szybko do domów, bo trzeba było się szykować do drogi - udało nam się wyprosić, aby Jose odwiózł Natalię na lotnisko, bo samolot miała o 7.00 a żadne środki komunikacji o 5 nad ranem w Lizbonie do lotniska nie dojeżdżają :/ Z kolei ja się załapałam na podwiezienie do Caldas, bo Jose jechał do ESAD na zajęcia od samego rana. To wszystko oczywiście równało się - bardzo mało snu :/

Lisboa day 1

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, podróż, weekend | Posted on 10-05-2008

Sabado (sobota):

Planowalysmy pojechac do stolicy najwczesniejszym autobusem - o 7.00, ale jako, ze poszlysmy spac kolo 5.00/6.00 to zdazylysmy na autobus o 9.30 - wiec w Lizbonie bylysmy ok. 11.00. Zostawilysmy walize i torbe w przechowalni bagazu (2,50?/dzien), niestety punkt jest otwarty tylko do 18.00, ale postanowilysmy sie tym martwic pozniej. Przeszlysmy na stacje metra, ktora jest tuz obok (wszyscy szli w tym kierunku ;P) i potem stracilysmy inwencje tworcza co do kierunku, w ktorym sie udac. Zorientowalysmy sie, ze jestesmy obok ZOO, o ktorym wspominal nam Jose, przeszlysmy wiec na druga strone baaardzo szerokiej ulicy, na ktorej chyba przejscia dla pieszych nie istnieja, i znalazlysmy sie przed wejsciem do ogrodu, i bardzo tam smierdzialo ;P Staralysmy sie isc w strone slonca - to byla kolejna rada Jose: zawsze starajmy sie isc w storne rzeki, ktora jest *zazwyczaj* na poludniu ;P). Skonczylo sie na tym, ze weszlysmy w jakies osiedle a potem znow do wielkiej ulicy… i juz myslalam, ze zrobilysmy kolko i znow wyladujemy na dworcu, kiedy okazalo sie, ze dotarlysmy do reprezentacyjnej ulicy z samymi hotelami, restauracjami i bankami (Avenida dos Combatantes), ktora doszlysmy do Praça de Espanha (Plac hiszpaski). Tam skontaktowal sie z nami Jose, powiedzial nam jak dojechac metrem do stacji Cais do Sodre, gdzie bedzie na nas czekal.

W miedzyczasie poszlysmy do pieknego Ogrodu Gulbenkian. Posiedzialysmy troche w miejscu, gdzie znajduje sie scena, na ktorej akurat odbywal sie trening capoeiry i otoczyly nas golebie… Ogrod jest czescia kompleksu Muzeum Calouste Gulbenkiana, armenskiego biznesmana, ktory zyl w latach 1869-1955, dorobil sie na interesach z ropa ogromnego majatku, ktory zainwestowal w sztuke. Zalozyl fundacje swojego imienia, ktora siedzibe ma w Lizbonie. Niestety nie mialysmy juz czasu, aby zwiedzic muzeum. To bedzie punkt programu nastepnej wycieczki do stolicy :]

Odezwal sie tez do mnie Rui, ktory przyjechal do Lizbony na festiwal animacji Monstra i zapytal, czy chcemy pojsc z nimi o 21.30 na ten festiwal. No pewnie, ze chcialysmy :]

W metrze mily pan z obslugi pomogl nam okielznac maszyne do wydawania biletow. Bilet w jedna strone, wraz z karta, na ktora “nabija sie” kolejne bilety, kosztowal 1,25?. Bez karty jeden przejazd to 75 centow, w obie strony 1,40?… Ceny biletu tramwajowego nawet wyzsze - jeden przejazd 1,35?. Bilet do kolejki, ktora pokonuje najbardziej storme ulice 1,30? (jedzie moze z 5 minut). Ogolnie transport tani nie jest. W sumie przez te dwa dni na 5 biletow wydalysmy 6.65? a i tak dwa razy nie skorzystalysmy z komunikacji (o czym bedzie potem).

Spotkalysmy Ze i poszlismy do jego firmy, poniewaz wraz z jego szefem Paulem mielismy pojsc na lunch do brazylijskiej restauracji, gdzie serwuja pyszne mieso (juz sobie wyobrazalysmy ile stracimy tam pieniedzy ;P). Firma Illusive znajduje sie blisko Rua do Ouro, ulicy-deptaka ze sklepami i, jak sie potem okazalo, takze niedaleko domu siostry Marcio, u ktorej mialysmy nocowac. Biuro nie jest duze, ale jest w nim mnostwo komputerow, chyba ze 25 (pracuje tam 18 osob), i jest troche ciasno, ale atmosfera przytulna. Czekalismy az Paulo dokonczy prace i pojechalismy jego samochodem, chociaz restauracja byla niedaleko. Jedzenie bylo pyszne - mieso chyba wolowe, pokrojone w cienkie paski, zrobione na ruszcie, jedno z czosnkiem, drugie bez, do tego dwa wielgachne ziemniaki z sosem czosnkowym, ryz, czarna fasola w sosie, salatka zwykla - salata, marchewka, ale z pysznym sosem. Wszystko dostalismy na srodek stolu i kazdy nakladal ile chcial na swoj talerz. No po prostu sie mozna bylo rozplynac nad tym jedzeniem :D A na koniec Jose powiedzial, ze za wszystko placi on :]

Niestety, w restauracji spedzilismy chyba ze 2,5 godziny! Bylo juz po 16.00 kiedy wyszlismy i Ze zaproponowal pojscie na zamek. Ale musielismy najpierw pojechac po nasze bagaze i przetransportowac je do firmy na przchowanie, bo z Marcio mialysmy sie spotkac dopiero wieczorem, gdyz dopiero o 19.00 przylatywal do Lizbony. Ruszylismy wiec na zamek. Droga wydawala sie prosta, bo bylo go widac - wystarczylo tylko isc w jego kierunku pod gorke… Tylko, ze ulica byla jedna dluga spirala i gdy juz sie wydawalo, ze dochodzimy do jakiegos wejscia, okazywalo sie, ze trzeba isc dalej. W koncu doszlismy, przechodzilismy nawet przez jakies ruiny domow…no reprezentacyjnie to ta okolica zamkowa nie wyglada ;P Zreszta sam zamek tez zadna rewelacja, a wstep kosztowal 5? ;P Akurat odbywal sie na nim jakis festyn, byla glosna muzyka i mnostwo stoisk z pamiatkami, torbami, bizuteria i innymi pseudo-sredniowiecznymi gadzetami.

Wrocilismy do Illusive po bagaze, pobawilam sie tabletem, ktory jest boooski i ja chce taki!!! =) Spotkalismy sie z Marcio i poszlysmy do domu jego siostry, ktory znajduje sie w sasiedztwie duzej, koncowej stacji kolejowej - Terminal do Rossio. Jego siostra jest troche dziwna i sie jej balysmy ;P Prawie nic nie mowi, przez co sprawiala wrazenie, jakby ledwo co nas tolerowala w swoim domu. Zjedlismy obiad… maly byl ;P i poniewaz Marcio nie chcial tego wieczoru nigdzie wychodzic, umowilysmy sie znow z Ze. Poszlismy do baru z niesamowitym wystrojem wnetrza - styl konca XIX wieku, torche secesji, duzo pomieszczen, waskie korytarzyki, drewno… i na absolutnie wszystkich scianach przeszklone gabloty ze starymi, XIX wiecznymi zabawkami. I kelnerzy w wieku 50+ w czerwonych kamizelkach. Dosc dlugo musielismy czekac na wolne miejsca. Zamowilam drinka bezalkoholowego, ale za to z galka lodow pistacjowych =) Pycha. 5?. To byla jedna z najtanszych pozycji ;P

[salbum=17,n,n,left]Potem poszlismy jeszcze przejsc sie po Bairro Alto (bairro - dzielnica, okolica, sasiedztwo; alto - wysoki, polozona wysoko) - dzielnicy waskich uliczek z pubami czesto wielkosci malego pokoiku, w ktorych kupuje sie drinki i wychodzi na ulice, aby wypic go idac do nastepnego baru. Uliczki przez to sa bardzo zatloczone i na kazdym rogu dealerzy usiluja sprzedac ci haszysz i inne rzeczy. W jednym z barow kupilismy drinki, ja wzielam Mojito, drink na bazie karaibskiego rumu, z limonka i mieta, ten mial anyzkowy posmak. Natalia pila tez cos brazylijskiego, z jagodami chyba, bo miala caly jezyk czarny :)

I to by było na tyle z pierwszego dnia…

Sao Martinho do Porto

1

Posted by Naat | Posted in podróż | Posted on 26-03-2008

Nikolina znów zadzwoniła rano (11.30), żeby zapytać, czy wybierzemy się do Sao Martinho do Porto. Akurat co wstałyśmy, więc umówiłyśmy się za godzinę. Dołączył się też Marcio. Pojechaliśmy pociągiem, Sao Martinho leży 17 km od Caldas.

Dworzec w Sao Martinho od plaży dzieli kilkaset metrów - i lądujemy na półkolistej promenadzie biegnącej wokół zatoki. Wrażenie niesamowite - widać zatokę zamkniętą od oceanu skalną bramą, woda jest dość spokojna, w oddali widać za to spienione fale Atlantyku.

Poszliśmy zjeść śniadanie i wypić kawę do bardzo przeciętnie wyglądającej kawiarni (plastikowe stoliki i krzesła), rachunek jaki nam za to wystawili powalił nas - 17 euro za 4 kawy, sok, kanapę, dwa tosty i sałatkę Marcia, która była najdroższa, bo kosztowała 6 euro(!) - tyle ile danie obiadowe w *normalnej* knajpie. Połaziliśmy trochę po miasteczku i na pociechę poszliśmy na lody…. a potem na spacer wzdłuż plaży - od Rua Candidio dos Reis (por. mapka) aż do wielkiej wydmy po drugiej stronie “cieśniny”. Po drodze do tego wielkiego piaszczystego stoku (po którym można by było zjeżdżać na nartach ;) ) szliśmy przez chroniony obszar wydm, wiedzie tamtędy drewniany podwieszony chodnik.

Po tym, jak Natalia, Nikolina i Marcio wdrapali się na wielką wydmę i z niej zbiegi, a ja w rajstopach i spódnicy ;P robiłam im z dołu zdjęcia, poszliśmy z powrotem do miasta, gdzie spotkaliśmy sie z koleżanką Marcia ze szkoły, Sandrą, która odwiozła nas do Caldas swoim samochodem. Jechaliśmy drogą na klifie wzdłuż oceanu, akurat zachodziło słońce, niestety ocean było widać tylko czasami, bo zazwyczaj droga albo nie biegła na samym szczycie klifów, albo nie przy samym wybrzeżu. Sandra w pewnym momencie zjechała w jakąś polną drogę, tak, że wylądowaliśmy rzeczywiście na brzegu klifu, skąd widok był przepiękny. Ocean na horyzoncie był zamglony, tak, ze zlewał się z niebem, a cały wysoki brzeg (klif to może niezbyt precyzyjne określenie, bo brzeg tutaj co prawda był bardzo wysoki, ale nie opadał stromo pionowo w dół) był soczyście zielony, z plamami małych żółtych kwiatków i gdzieniegdzie krzewami i kępami wysokich traw przypominających bambus…. I oczywiście nie zrobiłam zdjęć, bo już kilka godzin wcześniej wysiadła mi bateria, a nie wzięłam zapasowej ;P

Fotki niebawem, bo czekam, aż Natalia i Nikolina mi prześlą swoje, żeby była całościowa relacja ;)

Óbidos

0

Posted by Naat | Posted in podróż, weekend, święta | Posted on 23-03-2008

Do Nikoliny przyjechała w odwiedziny jej przyjaciółka Annika, która jest w tym roku na wymianie studenckiej w Edynburgu. Rano, czyli o 12.00 ;P zadzwoniły do nas, aby nas wyciągnąć na spacer do Óbidos - bardzo starego i zabytkowego miasteczka położonego niedaleko Caldas. Niedaleko to miało być 5 km stąd… Najpierw zgubiłyśmy drogę w Caldas, bo nie bardzo wiedziałyśmy którędy się do Óbidos idzie ;P Potem szłyśmy i szłyśmy i szłyśmy, w dodatku szosą, bo nie było chodnika (co w sumie zrozumiałe ;P)… i doszłyśmy do drogowskazu, który pokazywał, ze do Óbidos jeszcze 4 km… Wiedziałam, że liczba “5″ będzie podejrzaną jeśli chodzi o odległość między dwoma miasteczkami ;P

W końcu jednak, po ok. 1,5 godzinie, dotarłyśmy na miejsce. Spacer wcale nie był przyjemny, bo:
- wiatr chciał głowy urwać
- świeciło słońce, więc było nam gorąco, ale jednocześnie zimno od wiatru
- niemal każdy samochód, który nas mijał na nas trąbił…

Na szczęście te niewygody wynagrodził nam widok Óbidos, które jest pięknym, słodkim miasteczkiem =) Jest położone na zboczu wzgórza, którego szczyt zwieńczony jest kamiennym zamkiem. Uliczki są wąziutkie i strome, domy wybielone z narożnikami i framugami pomalowanymi błękitem i żółcią, z ceglastoczerwoną dachówką. Jak zwykle, tabliczki z nazwami ulic są zrobione z ceramicznych kafelków z wymalowanymi kwiatami i liśćmi i ręczną typografią. Na każdym wystającym skrawku ziemi rosną kwiaty, a gdy skrawek jest większy - krzewy albo drzewo. Drzewo to często drzewo pomarańćzowe z wielkimi owocami, na widok których cieknie nam ślinka :)~

Óbidos można obejść idąc szczytem murów obronnych. Nie zrobiłyśmy tego, bo chyba by nas wiatr porwał z powrotem do Caldas. Na zamku, na dziedzińcu są dwie sceny z widowniami, widać odbywają się tu imprezy kulturalne. Jest tu też straszliwie obskurna, cieknąca toaleta :P

Szczytem wzgórza od zamku biegnie “główna” uliczka, przy której znajdują się sklepy dla turystów :> czyli z różnymi regionalnymi gadżetami w stylu glinianych kogutów, ceramicznych kubków i kafelków ręcznie malowanych, wyrobów skórzanych i wzorzystych, grubych tkanin.

Gdy już wszystko - jak to japońcy turyści - obfotografowałyśmy, poszłyśmy na lunch do knajpy, tanio nie wyszło, 11 euro od osoby, ale w końcu można w święto zaszaleć ;P Niestety, jedzenie nie było zachwycające. Nikolina i Annika zamówiły stek, który okazał sie być dość krwisty - dobrze, ze my wzięłyśmy coś innego. Kelnerka powiedziała, że to nasze to będzie kebab, okazało się, że dostałyśmy szaszłyki. Do mięsa jak zwykle frytki i ryż oraz surówka. I Vinho da casa, czyli domowe winko :]

Po lunchu nie miałyśmy już siły chodzić, poza tym było zimno i dość późno - a chciałyśmy wrócić do Caldas przed zmrokiem. W drodze powrotnej wiatr był tym gorszy, ze tym razem wiał nam w twarz, a nie w plecy. I oczywiście co chwila faceci na nas trąbili, nawet tacy, którzy jechali z żoną i dziećmi… Cóż, jak to potem podsumował z niesmakiem Marcio: “No a czego się spodziewacie po mieszkańcach tego regionu, którego maskotką jest penis?!”. To fakt - w sklepach z pamiątkami ceramiczne penisy i kiczowate figurki z pokaźnymi przyrodzeniami zajmują honorowe miejsce… ciekawe skąd się wziął ten lokalny symbol?

Kliknijcie, żeby zobaczyć fotki:

Zamek w Óbidos

Batalha [Batalia - po polsku znaczy to samo]

0

Posted by Naat | Posted in kultura, podróż, weekend | Posted on 15-03-2008

Sobota była dniem pełnym wrażeń =)

Rano - przeprowadzka do mieszkania. O 10.15 pod akademik przyjechał taksówką Marcio, żeby nam pomóc z tobołami. Spakowałyśmy się już poprzedniego dnia, żeby rano tego nie robić, bo na pewno byśmy się do 10 nie wyrobiły ;P Wszystko poszło sprawnie i o 11.00 poszliśmy na kawę, a potem “pod królową”, aby spotkać się z Nikoliną i pojechać do Batalhii, gdzie odbywały się targi edukacyjne. Marcio nie zamierzał jechać, ale w ostatniej chwili się zdecydował. Akurat miałyśmy od Sandry jeden dodatkowy bilet na wystawę. W czasie targów spod szkoły odchodził do/z Batalhii darmowy autobus szkolny.

[sthumbs=86|87|88|89|90|91|92|93|94|95,160,3,y,none,both]

Jechaliśmy godzinę do Batalhii, autobus zatrzymał się pod halą targów. Okazało się, że do miasteczka są jeszcze 3 km. Zaczęliśmy iść drogą szybkiego ruchu i usiłowaliśmy złapać stopa. Gdy przechodziliśmy przez dojazdową uliczkę, akurat podjechał jakiś starszy, bogaty (duże auto ;P) pan i Marcio podszedł do szyby i zapytał się, czy by nas nie podwiózł - a tamten się zgodził :) Wylądowaliśmy w centrum malutkiej Batalhii, tuż pod klasztorem. Zespół klasztorny robi ogromne wrażenie, to przepiękny przykład gotyku. Kościół jest ogromny, wnętrza nieskażone barokowym przepychem. Gdy wyszliśmy głównym portalem z kościoła okazało się, że właśnie odbył się w nim ślub i Marcio akurat znał kilkoro weselników, i to w dodatku nie z Caldas, tylko z Lagos (taki ten świat mały ;) ).

Poszliśmy na poszukiwanie miejsca, gdzie można by coś zjeść. Chyba z godzinę się kręciliśmy po tej mieścinie i weszliśmy do każdej możliwej knajpy. W końcu zostaliśmy w jednej. Dania wydawały się dość drogie - minimum 7 euro za każde, ale okazało się, że w Portugalii najczęściej podaje się potrawy na półmiskach, tak, że z jednej serwowanej porcji mogą spokojnie najeść się dwie osoby. Zamówiliśmy trzy dania i jeszcze desery i nie udało nam się wszystkiego zjeść.

[sthumbs=96|97|98|99|100|101|102|103|104|105|106|107|108|109|101|102|103|104|105|106|107|108|109|110|111|112|113|114|115|116|117|118|119|120|121|122|123|124|125|126|127|128,160,3,y,none,both]

Po tym obfitym posiłku potoczyliśmy się z powrotem do klasztoru, aby zwiedzić krużganki i dwa ogrody.

[sthumbs=129|130|131|132|133|134|135|136|137|138|139|140|141|142|143|144|145|146|147|148|149|150|151|152|153|154,160,3,y,none,both]

W drodze powrotnej na przystanek znów łapaliśmy okazję i zatrzymał się gość w furgonetce… Marcio oczywiście wpakował mu się do szoferki a nam została jazda na “pace” ;P Wiało straszliwie, ale na szczęście droga była krótka. Wysiedliśmy i mieliśmy jeszcze ponad dwie godziny do przyjazdu autobusu, więc poszliśmy zobaczyć te targi edukacyjne, które początkowo miały być głównym celem naszej wycieczki ;P

W dwóch pawilonach wystawiały się szkoły policealne z całej Portugalii, w tym jeden z nich w całości zajmowała Politechnika w Leirii (IPL) - szkoła, której wydziałem jest nasza ESAD.CR. Na samym początku trafiliśmy na stoisko jakiejś szkoły masażu i Marcio załapał się na pokazówkę masażu :] Natalia spotkała swojego nauczyciela od Industrial Design, Miguela Batistę. Gdy ich zauważyłam i zrobiłam im zdjęcie i do nich podeszłam Basista mnie ucałował na powitanie (szok) - Natalia potem mi powiedziała, ze ją też chciał ucałować, ale jakoś się odsunęła i tego uniknęła ;P Co to za zwyczaje obcałowywać studentki poza szkołą? ;P No ale w Portugalii wszyscy, nawet dopiero co poznani ludzie (zamiast podania ręki), się całują na powitanie i pożegnanie - i pamiętajcie - ZAWSZE DWA RAZY, w oba policzki!

[sthumbs=155|156|157|158|159|160|161|162|163|164|165|166|167|168|169|170|171|172|173|174|175|176|177|178|179,160,3,y,none,both]

Włóczyliśmy się po wystawie długo, a i tak do odjazu autobusu zostało dużo czasu, więc poszliśmy do shopping mall’a naprzeciwko i obejrzeliśmy co sprzedają w Rino - to sieć drogich sklepów z rzeczami do wystroju wnętrza. W końcu doczekaliśmy się na autobus i wróciliśmy do domu. Ale spać poszłam i tak około 3.30 ;P bo oglądaliśmy strasznie kiepski film… jak poznam tytuł to wpiszę tu ku przestrodze :>

3300 km dalej…

0

Posted by Naat | Posted in podróż | Posted on 29-02-2008

W końcu dotarłyśmy na miejsce… Było dość ciężko, szczególnie na lotnisku w Madrycie, gdzie nikt z obsługi lotniska nie mógł udzielić nam informacji, zza której bramki odlatuje nasz samolot do Lizbony. Pierwszy pan, którego zapytałyśmy, kazał nam iść za drogowskazami do bramek HJK. Zastanawiałyśmy się, co oznaczają napisy “26 min” nad tymi literkami, przecież nie można tyle czasu iść do bramki? Jednak można… najpierw musiałyśmy pojechać metrem… przyjechało, wsiadłyśmy… ale czy jedziemy w dobrym kierunku? Pan ochroniarz powiedział, że tak. Przejechałyśmy tym sposobem z terminala 4 na 4S.

[sthumbs=36|37|38|39|40|41,64,6]

Potem trzeba było jeszcze z 10 razy jechać windą albo schodami w międzyczasie skręcając z 50 razy i znalazłyśmy się przed punktem informacyjnym. Zapytałyśmy się siedzącego w nim pana, gdzie mamy iść - i pokazałyśmy mu nasze bilety. On powiedział angielsko-hiszpańskim, że mamy nic nie robić. Mamy sobie czekać. Bardzo się uśmiechał i dawał do zrozumienia, ze mamy się nie przejmować, tylko czekać do 19, kiedy to dowiemy się, z której konkretnie bramki odlatuje nasz samolot. Poszłyśmy sobie usiąść i na szczęście Natalia po chwili poszła się rozejrzeć - i znalazła tablicę odlotów, na której było napisane, że nasz samolot odlatuje z H15 i że przed 19.00 zaczyna się odprawa - i ta pora szybko się zbliżała. Więc wzięłyśmy pod pachę nasze tonowe bagaże podręczne (po tylu kilometrach niesienia ich one naprawdę zdawały się ważyć 3 razy więcej niż pierwotnie) i ruszyłyśmy za strzałkami, które pokazywały jak dojść do H. Szłyśmy i szłyśmy i szłyśmy i szłyśmy, bo ten terminal ma chyba z kilometr ;P Jeszcze jakiś pan-pasażer nam wskazywał drogę, bo okazało się, że po tej stronie terminala, po której byłyśmy są numery parzyste, więc trzeba było przejść na drugą stronę. Potem okazało się, że samolot ma opóźnienie i wyleci o 19.45, a w bramce nie pojawił się nikt z obsługi jeszcze przez dobre 30 minut. W końcu jednak udało nam się dostać na pokład, a lot trwał bardzo krótko i nie podali nawet napojów, a my umierałyśmy z pragnienia… Za to pan steward sprzedawał z wózka perfumy…

Trzeba przy tym wszystkim zaznaczyć, że Hiszpanie nie mówią zbyt dobrze po angielsku - nawet jeśli pracują w obsłudze lotniska. Szemrzą coś niby po angielsku i wtrącają w to hiszpańskie wyrazy. I wyraz “gentleman” wymawiają “jętelman”.

Lotnisko w Lizbonie jest dość syfiaste, a terminal wygląda jeszcze gorzej niż ten na Okęciu ;P Na szczęście nie musiałyśmy długo czekać na nasze walizki, załadowałyśmy bagaże na wózek i poszłyśmy na poszukiwania taksówki, po drodze robiąc pierwsze zakupy za euro :] - woda mineralna za 2,40. Taksówki stały przed wejściem, nam trafił się starszy mały chudy pan, który z nie lada trudem wpakował nasze walizki do bagażnika. Pokazałyśmy mu kartkę z wypisanym dworcem, na który chciałyśmy się dostać. Okazało się, że leży on dość daleko od lotniska - ale nasz driver tak brawurowo lawirował między innymi samochodami, że szybko znalazłyśmy się na miejscu - i to tuż przed wejściem na dworzec. Szybko kupiłyśmy bilety do Caldas na autobus odchodzący o 21.15, tak że około 22.45 byłyśmy w tym mieście. Wysiadłyśmy i z naszymi tobołami zaczęłyśmy iść w kierunku, gdzie wydawało nam się, że mogą być taksówki. Niestety, żadnej nie było widać na horyzoncie. Już nawet zdążyłam podejść do pana o wyglądzie Rumcajsa, żeby zapytać czy nie wie gdzie tu są taksówki, na co on zaczął się z obawą rozglądać i wskazał palcem na taksówkę, która akurat zatrzymała się na przeciwko. Był to mercedes, w środku skórzana tapicerka zrobiona na taki błysk, że człowiek wsiadając wślizgiwał się w fotel, a potem nie mógł się w niego wyślizgnąć, aby wyjść ; ) Na szczęście miałyśmy zapisany na kartce adres akademika, bo trudno było się porozumieć z taksówkarzem, który mówił tylko po portugalsku i utrzymywał, że rozumie francuski, ale chyba nie mój ;P Ruszyliśmy i pan wykazywał się wielką zręcznością na bardzo wąskich i często stromych uliczkach Caldas. Dojechaliśmy do akademika, który wygląda bardzo nowocześnie (jak muzeum - jak określiła Natalia ;) ). W środku przywitał nas portier, który także nie znał angielskiego, ale był bardzo miły. Niestety…nie mógł znaleźć naszych nazwisk na liście lokatorów, nawet zadzwonił w tej sprawie i był bardzo zafrasowany. W końcu zobaczyłyśmy swoje nazwiska na tej liście wpisane ołówkiem i tylko 4 pierwsze litery…ale byłyśmy :) Po wypełnieniu podania (które już wypełniałyśmy w Polsce i wysyłałyśmy pocztą…) pan zaprowadził nas do pokoju. Akademik jest chyba nowy, wszędzie jest czysto (oprócz kuchni, ale o tym kiedy indziej), jest winda. Nasz pokój nie jest duży, ale mamy własną łazienkę z nowymi sprzętami, nawet w wiadrem, mopem i szczotką ;P W pokoju są drewniane łóżka z grubymi materacami, szafki nocne i biurka z półkami, w korytarzu wielka szafa wnękowa. Portier kazał nam iść za nim do piwnicy, gdzie są pralnie i gdzie dał nam pościel i ręczniki, po czym koniecznie chciał nam pokazać jeszcze kuchnię (po drodze mijaliśmy garaż z rowerami). W kuchni nie mógł nam nie zaprezentować działania wywiewu oraz kuchni gazowej, przy czym poparzył sobie palce od zapałki usiłując odkręcić gaz. No przemiły był =)

IMG_8500.jpg

Picture 1 of 7

Widok z naszego okna

I to jeszcze nie był koniec tego dnia, bo jak tylko wróciłyśmy do pokoju włączyłyśmy komputery, żeby złapać internet ;P Jest tu sieć bezprzewodowa, ale nie chciała działać. Za to znalazłyśmy gniazdko telefoniczne i był w nim internet =) Jesteśmy uratowane ;)

Komu w drogę, temu….. co? ;P

0

Posted by Naat | Posted in podróż | Posted on 29-02-2008

img_8491.jpg

Z trudem udało mi się zmieścić w tych 30 kilogramach limitu bagażowego. 30 kg na 5 miesięcy… chyba nawet więcej niż 30kg, ale może się ulitują nad biednymi studentkami i nie każą płacić za nadbagaż (albo wywalać statyw i dodatkową parę butów z walizki, aby była lżejsza).

Jutro w Lizbonie ma być 15 stopni, a w niedzielę 17 =)

Komu w drogę temu…….. co? ; )