W ramach koleżeńskiego promowania radosnej twórczości przedstawiam wszem i wobec zespół Dollar Llama, którego wokalistą jest nikt inny jak mój kolega po prawicy - Tiago Simoes. –==>>DA LINK<<==–
;)
W ramach koleżeńskiego promowania radosnej twórczości przedstawiam wszem i wobec zespół Dollar Llama, którego wokalistą jest nikt inny jak mój kolega po prawicy - Tiago Simoes. –==>>DA LINK<<==–
;)
Wczoraj od rana zaczęłam nagrywać ludzi składających Dalili życzenia, miałam problem, bo nie ma w firmie mikrofonu, a jednak jest tu głośno, okna otwarte, więc dociera hałas ulicy, a aparat co prawda ma wbudowany mikrofon, ale nie kierunkowy i zbiera głos zewsząd, a szczególnie z najbliższego sąsiedztwa, czyli niekoniecznie złapie kogoś przemawiającego metr dalej. Zaczęłam od drugiego końca pokoju, żeby nie usłyszała co jest grane. Potem przyjechał Paulo i stwierdził, że miałam to robić bez mikrofonu i statywu, bo to miało być “szalone i eksperymentalne” a nie nudne blabla (zdawało mi się, że wczoraj właśnie o takie blabla od każdego mu chodziło) i “gdybym chciał zrobić coś zwyczajnego, to nie dawałbym tego zadania tobie” i że po lunchu on mi pokaże jak to powinno być zrobione - że trzeba wyjść na na ulicę, krzyczeć, skakać, może nawet zaczepiać przechodniów; że wyśle Dalilę pod jakimś pretekstem na godzinę z firmy i wtedy to nagramy, wszyscy się ustawią na deptaku, kamerę położy na ziemi i zrobimy coś odlotowego… No dobra, to czekam. Po lunchu nic nie nastąpiło, szef zamiast wysłać gdzieś Dalilę, dał jej więcej pracy na miejscu i tyle.
Więc dzisiaj rozmawialiśmy z Pedro na MSN (pomimo, że siedzimy do siebie plecami, ale to tutaj normalna droga komunikacji - czaty) o tym, co Paulo mi powiedział, Pedro generalnie stwierdził, żebym się nie przjmowała, bo szef taki jest - zapomina, olewa, a poza tym skoro on to wymyślił, to niech to zrobi, ja nie powinnam się poczuwać do żadnej odpowiedzialności za to, czego on nie zrobi (no bo wydawało mi się, że to w głownej mierze było moje zadanie). Rozmawialiśmy o tym pomyśle i przyszło nam do głowy jego rozwinięcie - w firmie pojawia się tajemniczy morderca, który po kolei zabija wszystkich pracowników, pozwalając im łaskawie na wypowiedzenie ostatnich słów i wszyscy wykorzystują tą okazję na złożenie życzeń Dalili. Mieliśmy z Pedro ubaw z tego pomysłu i z tworzenia listy możliwych metod zabicia pracowników - uduszenie kablami, zasztyletowanie piórem od tabletu, porażenie prądem przy włączaniu komputera, zatruta kawa z ekspresu, utopienie w sedesie, ktoś mógł nie wytrzymać presji i wyskoczyć przez okno krzycząc “Parabeeeeens” [w wolnym tłum.: Sto laaaaat"] (tylko to byłoby trudne do zamarkowania dla potrzeb nagrania). Oczywiście nagranie z założenia miało wyglądać bardzo amatorsko i każde ujęcie byłoby naprawdę krótkie i nie na serio. Przedstawiłam ten pomysł Paulo, ale on stwierdził, że to jest zbyt skomplikowane i na pewno nie wyjdzie. Powiedziałam mu więc, że mamy łatwiejszą wersję scenariusza - otóż wszyscy pracownicy postanawiają zabić szefa, i przed zadaniem ostatecznego ciosu pozwalają mu na ostatnie słowa a on mówi “Dalilo, przepraszam, że zapomniałem o twoich urodzinach!” - ale O DZIWO ten pomysł też mu się nie spodobał, ciekawe czemu? :P W końcu Paulo stwierdził, że możemy spróbować z tym seryjnym mordercą i sądziłam, że wykaże się wsparciem, ale znów - poszedł na lunch, a po powrocie nic, zero współpracy. W międzyczasie Pedro coś nagrał z kolegą “Moszem”, ale nikt inny nie chciał partycypować, wykręcając się pracą (taaa, siedzenie na MSN; Pedro podsumował ich jako komputerowych nudziarzy bez wyobraźni i spontanu) i po prostu daliśmy za wygraną. A wydawało mi się, że Portugalczycy, szczegolnie w firmie designerskiej, mają więcej życiowej fantazji…
A po pracy wróciłyśmy z Dalilą do Santo Amar i poszłyśmy na rolki na promenadę, która biegnie wzdłuż plaży - biegnie przez 4 miejscowości i prawie całą przeszłyśmy wczoraj piechotą, było pięknie! Była już noc, ale było ciepło, ocean przyjemnie szumiał, a widok był niesamowity - widać stamtąd deltę Tagu i wybrzeże na południe od Lizbony, wszystko rozświetlone milionem światełek. Po promenadzie, która biegnie po zróżnicowanej linii brzegu, ludzie spacerują, jeżdżą rowerem i na rolkach, są knajpy, porty dla żagłowek, pomnik przedstawiający ogon wieloryba chyba w sklali 1:1, ławeczki, palmy… normalnie jak Kalifornia :D
Dzisiaj “jeździłyśmy na rolkach” to znaczy Dalila jechała, a ja ją asekurowałam - powiedziała mi, że nie umie jeździć, ale oczywiście przesadziła, bo radzi sobie zupełnie dobrze.
Dziś są urodziny Dalili, więc z Pedro poszliśmy kupić jej prezent - chciałam kupić coś wcześniej, ale Pedro stwierdził, że tutaj zawsze kupują prezent tego samego dnia. Camila też się dołożyła i wyszła z tego torebka i naszyjnik z bansoletką. Gdy wróciliśmy ok. 12.00, szef wezwał mnie do pokoju Barbary - poszłam tam, opórcz nich był jeszcze Tiago (Chiqui) z częsci 3D (czyli nie ten, który siedzi obok mnie - to Simoes). Paulo siedział zrezygnowany na krześle i wyznał, że… ZAPOMNIAŁ o urodzinach Dalili! Straszane rzeczy… :P W jego przypadku to nic dziwnego, ciągle o wszystkim zapomina, tyle ma rzeczy na głowie. W każdym razie powiedział, że “nie mamy żadnego prezentu”, więc mu powiedziałam, że coś tam mamy, bo nasza trójka już coś kupiła. Na co on: “Och wspaniale! Bo przecież nie można było poczekać na wszystkich i razem kupić czegoś dużego i fajnego, tylko jakieś pierdoły… Jak ja tego nie lubię, że ludzie nie mogą czegoś zrobić wspólnie” itd. w tym stylu. Pomyślałam: Halo? Masz do nas pretensje, że coś kupiliśmy, a sam dopiero o 12.00 w dniu urodzin się zorientowałeś, że wypadałoby dać prezent? Poza tym - to już powiedziałam - ja tu jestem nowa i nie wiem jakie są zwyczaje. “No tak, tak, ja nie mam do ciebie pretensji, tylko to reszty… W każdym razie, oto co zrobimy - weźmiesz aparat i nagrasz teraz wszystkich po kolei jak składają Dalili życzenia, a potem na koniec dnia, jak już będzie chciała iść do domu, to jej to damy i powiemy, że to materiał do montażu od klienta i ma być zrobione od zaraz, ona się zirytuje, otworzy a tam niespodzianka”. Powiedziałam, że super, tylko jak to zrobimy, skoro ona cały czas siedzi z nami wszystkimi. Paulo powiedział, że po lunchu wyśle ją pod jakimś pretekstem gdzieś na dłużej i wtedy to zrobimy.
Zapytałam, czy ma ładowarkę do aparatu, bo wczoraj sprawdziłam, że baterie nadal, od piątku gdy je wykończyłam w MSA, są rozładowane. Tak - wziął ładowarkę, ale co się okazało - pomylił się i wziął nie od tego apratu. Więc oczywiście poleciało kilka “fodasse” i “fuck” i znalazł rozwiązanie - mam teraz iść do FNAC (taki portugalski Empik, z tym, że jest tam też sprzęt elektroniczny w stylu komputer, aparaty i kamery) i kupi nową ładowarkę do baterii, to rozwiąże problem na zawsze, bo wtedy on będzie jedną miał w domu a druga będzie w firmie. Dał mi swoją kartę kredytową i pin(!) i poszłam na misję… Okazało się niestety, że we FNACu nie mają ładowarek, które by ładowały baterie do TEGO aparatu - w końcu to nie byle Canon, tylko 5D Mark II… Sprzedawca powiedział, że spodziewają się takich ładowarek pod koniec tygodnia (jasne..), więc zapytałam, czy zna inny sklep w okolicy, w którym bym mogła zapytać, powiedział mi o dwóch. Poszłam do pierwszego, ale też nie mieli takich ładowarek, a drugiego sklepu nie znalazłam, pomimo, że obeszłam niemal całą Baixa. Wróciłam do firmy i z Barbarą usiłowałyśmy znaleźć coś w sklepach internetowych, które mają siedzibę w Lizbonie - Barbara zadzwoniła do dwóch i w obu jej powiedzieli, że te ładowarki sprzedaje się tylko z aparatem. Widocznie jeszcze nie było na tyle dużego zapotrzebowania, żeby Canon zaczął je produkować i sprzedawać oddzielnie, bo jednak nie każdego stać na ten aparat.
W międzyczasie ludzie w firmie zaczęli wychodzić na almoço - wszyscy mieliśmy iść do Caldas uczcić urodziny Dalili. Na miejscu złączyliśmy stoły i oprócz jedzenia zamówiliśmy sangriję. Dokoła stołu na zasadzie głuchego telefonu poszła wiadomość, że po skończeniu tutaj, mamy iść do Nene, pastelarii na esplanadzie (czyli na rua Augusta - głównym deptaku), bo tam będzie “tort”. Wcześniej ludzie mi opowiadali, że jak ktoś ma urodziny, to Barbara (potem od niej się dowiedziałam, że to nie ona tylko Paulo) załatwia tort, który dostarczają do Caldas. W Nene jednak nie było de facto tortu… tylko piramida ułożona z gofrów z 25 świeczkami. Ale gofry były naprawdę dobre - są trochę inne niż polskie, bardziej “mięsiste”, cięższe i oczywiście, jak wszystko w Portugalii ;P - słodsze.
Po powrocie do firmy ładowarka już czekała, więc włożyłam do niej baterie i czekałam, aż szef wyśle gdzieś Dalilę… ale nic takiego nie nastąpiło. Więc po 18 wyszliśmy w kilka osób i poszliśmy najpierw na kieliszek ginji do baru tak małego, że tylko kupuje się kieliszek likieru i wychodzi na ulicę, a potem do Casa do Alentejo - to podupadający pałac, w którego salach znajdują się restauracje. Dziedziniec wewnętrzny robi wrażenie - można poczuć się jak w Maroku wśród tych drewnianych maswerkowych dekoracji i palm - ale jak wejdzie się na piętro z knajpami (”restauracja” to w sumie zbyt prestiżowe słowo) to widać, że wszystko jest mocno zniszczone, z rzeźbionego sufitu odpada tynk, woleliśmy też nie siadać pod wielkim kryształowym żyrandolem, w obawie, że może spaść :P Szkoda, że nie wzięłam ze sobą aparatu tego wieczora. Usiedliśmy w knajpie, która teoretycznie podawała “tapas”, bo praktycznie to była namiastka tapas[klik!]: sery, oliwki, chleb, jajecznica, cieciorka, plastry wędzonej szynki jako przekąski do wina i piwa. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i około północy poszliśmy do domu.