Mój pokój

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, proza zycia :P | Posted on 08-06-2009

Fotki pokoju i mieszkania…

Zaległe foto z urodzin…

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, impr, praca, proza zycia :P | Posted on 06-06-2009

Zapomniałam wrzucić wcześniej ^”^
A więc - poznajcie moich znajomych z pracy ;)

Zadomawiam się

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, proza zycia :P | Posted on 05-06-2009

Ten tydzień upłynął bardzo miło. W poniedziałek kupiłam kilka rzeczy do pokoju… i we wtorek…i w środę też… i wczoraj… :P To działa na zasadzie - jest przerwa na lunch, Delila, Camila lub Pedro proponują pójście na spacer (ostatnio wolimy zjadać w pracy, niż chodzić do Caldas, bo jak się tam zje ten gigantyczny almoço, to po powrocie do pracy przez kolejną godzinę-dwie się zasypia na siedząco z powodu nagłego ataku glukozy ;P ). A spacer po Baixa = wchodzenie do sklepów…a tu jest kilka sklepów z fajnymi rzeczami do domu i często są one w promocji i kosztują 2 euro, więc człowiek myśli “O, tylko 2 euro!” i tak z kilkoma rzeczami, a potem w kasie wychodzi 10 euro. No ale teraz mój pokój wygląda bardzo przytulnie (bo w niedziele wieczorem wydawał się trochę pusty) i pomimo, że jest ciemny, to przyjemnie w nim posiedzieć. Pożyczyłam nieużywaną lampę z firmy, kupiłam turkusowy polarowy koc jako narzutę na łóżko, szal ze sklepu chińskiego w charakterze serwety na stół :>, dywanik za 5 euro też w chińskim (w normalnym sklepie 20) - a wygląda całkiem jak z Ikei :D i parę innych niezbędnych rzeczy, jak lusterko (w chińskim 2,50, a takie samo w Casa widziałam za 7) i kosz na śmieci i takie tyci woreczki z kuleczkami zapachowymi do szafy ^”^ i… no dobra, nie będę zanudzać :P

W środę Pia powiedziała, że wychodzi i zapytala czy chcemy iść z nią - mnie i Eduardo, bo akurat my byliśmy w domu. Poszliśmy do baru, dzgieś w okolicach Rossio, który jest urządzony w mieszkaniu, w którym jest dużo pokoi. Wszystko wygląda dość…jak mieszkanie właśnie, czy raczej coś pomiędzy mieszkaniem a barem, bo nie jak 100% bar ;) W pokojach stoją fotele, kanapy i ławy, ale ludzie najchętniej siedzą na balkonie. Wszystko wygląda mocno “alternatywnie”, choć Eduardo określił to “stylem hippie”, bo przychodzą tam tylko studenci a la hippisi, rasta i szaleni ekolodzy, przy tym sporo jest “wiecznych studentów” i naprawdę człowiek czuje się, jakby wszedł do czyjegoś domu na imprezę, a nie do knajpy.

Pia została tam dłużej, a my w dwójkę wróciliśmy do domu. Po drodze dowiedziałam się, że to mieszkanie jest własnością Eduardo i Santiago, kupili je rok temu, bo nadarzyła się okazja - było tanie jak na jego powierzchnię i miejsce w którym się znajduje. Ale żeby je utrzymać i spłacać dług chłopaki wynajmują wszystkie pokoje, sami mieszkają w jednym, z tym, że ma on duży balkon, który jest zabudowany oknem, więc to jakby drugi mały pokój.

A wczoraj poszliśmy (Pia, Patricia, Eduardo, kolega Eduardo, oczywiście nie zapamiętałam imienia, i ja) na jantar za 3 euro do fundacji Gaja. Wydaje mi się, że to ta sama Gaja, która działa w Polsce, to chyba organizacja międzynarodowa. Ideą tego obiadu jest, że wszyscy gotują go wspólnie, potem jedzą a na koniec każdy zmywa po sobie. Więc aby uniknąć pomagania w gotowaniu, jak tylko weszliśmy to usiedliśmy w pokoju, w którym z rzutnika wyświetlali na ścianie film :P Nie widzieliśmy od początku, ale od czego jest google - film pod tytułem “A Hard Rain”, reżyser David Bradbury - zaangażowany w ruch antynuklearny w Australii; jest to dokument o zagrożeniach jakie niesie wydobycie uranu w Australii i ogólnie o tym, że energia atomowa jest zła. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że przykładowo pzy wydobyciu uranu zużywa się ogromne ilości wody, w filmie podali, że kopalnia Olympus Dam w ciągu jednego dnia zużywa do 35mld litrów wody! Jak to podsumowała jedna francuska studentka, którą poznaliśmy dzień wcześniej w barze (oczywiście nie pamiętam imienia…): “A nam wmawiają, żebyśmy zakręcacli kran jak myjemy zęby, żeby oszczędzać wodę…”. Poza tym nie zdawałam sobie sprawy, że przy produkcji energii atomowej są tak wielkie odpady poprodukcyjne, które w dodatku są przez długi czas mocno radioaktywne. A taka fundacja Gaja, czy nawet wszystkie prywatne osoby na świecie, to sobie dużo mogą wobec tych gigantów - fabryk i kopalni, wobec tych miliardów euro i dolarów, którymi obracają ich dyrektorzy i g*** ich obchodzi, że pod ich biurowcem garstka zielonych protestuje. Te protesty nic wg mnie nie dają, rządzą pieniądze i tyle. Ogólnie strasznie to niepocieszające…. :S Neville Brody miał rację - cieszę się, że żyję teraz a nie za 100 lat.

Po filmie ustawiliśmy się na końcu dłuuuugiej kolejki do stołu gdzie dawali jadło - bo słowo “jadłodajnia” najbardziej tu pasuje :> Na obiad była kasza kukurydziana z kawałkami kapusty (tzn. kapuścianych głąbów, żebyście nie pomyśleli, że liści :D), czarna fasola duszona w sosie z papryką i znikoma ilość surówki (liść sałaty i kilka plastów ogórka, za to obficie podlane oliwą). Ale jakkolwiek źle by to brzmiało - było bardzo dobre (może dlatego, że byłam już bardzo głodna i wtyd przyznać, ale podczas tego 1,5-godzinnego filmu, zamiast myśleć o nuklearnych zagrożeniach czyhających na naszą planetę, tylko patrzyłam gdzie i kiedy rzucą ten jantar :P). Był nawet deser! Arroz doce - słodki ryż, robiony na mleku z cytryną i posypany cynamonem - posypka była w kształcie czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami, bo była to część kampanii przeciwko żywności modyfikowanej genetycznie. Arroz kosztował “co łaska”, więc złożyliśmy się po 1 euro i kupiliśmy większą miskę. Na koniec zostało pozmywać po sobie i to była jedyna niemiła chwila, bo woda w miskach, które służyły do mycia była już mocno zużyta :P No i toaleta w tym miejscu też do najprzyjemniejszych i najczystszych nie należy. Ale właśnie! Co do miejsca to cały osobny temat…
Poszliśmy piechotą przez te gorsze dzielnice, czyli Anjos, prawie zahaczając o Intendente, potem do Martim Moniz (dzielnica Hindusów i Cyganów) i stamtąd do Mouraria, także biednej okolicy. Weszliśmy przez podwórko, w którym mieści się też siłownia (pakerzy nieco podejrzliwie na nas patrzeli, pewnie mają skojarzenia z szalonymi ekologami :P ) do budynku, który okazał się być…jakimś zdewastowanym pałacem! W środku wielkie sale, jeden z pokoji przerobiony na podrzędną pastelarię, wszystko starsznie zaniedbane, zakurzone, ale co za klimat ;) A toaleta brudna i deska w damskim zamontowana tak, że nie można jej “na stałe” otworzyć - ciągle opadała.

A kiedy wychodziliśmy, usłyszeliśmy… orkiestrę! Była północ, przeszliśmy jakimś strasznie wąskim korytarzykiem, a potem wąskimi schodkami na wewnętrzne betonowe podwórze - po bliższym przyjrzeniu się okazało się być boiskiem z trybunami - nic dziwnego, że Portugalia ma takich dobrych piłkarzy ;P I na tym boisku odbywała się właśnie próba jakiegoś chodzonego układu choreograficznego, przygotowywanego na zbliżające się “Santos” czyli dzień patrona Lizbony - Santo Antonio. Co mnie uderzyło - to byli ludzie z tzw. warstw niższych, którzy pewnie większość czasu spędzają przez telewizorem, a jednak proszę - zorganizowali się i zaangażowali w przygotowanie występu na defiladę…. I tak jest we wszystkich dzielnicach, taki lokalny patriotyzm, każde “bairro” szczyci się tym występem, robią transparenty, a nawet jednakowe (krzykliwe i kiczowate:P) stroje. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce, gdzie człowiek nawet nie zna swoich sąsiadów, a jak zna, to - jak w “Dniu świra” - obgaduje go i źle życzy (wiem, że to przesadne ougólnienie, ale raczej szczycimy się naszym (pseudo)indywidualizmem niż przystosowaniem społecznym, a Kargul i Pawlak to niemal narodowe ikony:P )

Nom…. ogólnie to cieszę się, że trafiłam do tego domu, bo panuje tu bardzo przyjazna atmosfera i jest tak… “erasmusowo” ;)

Trzeba mieć fantazję dziadku! :P

0

Posted by Naat | Posted in praca, proza zycia :P | Posted on 28-05-2009

Wczoraj od rana zaczęłam nagrywać ludzi składających Dalili życzenia, miałam problem, bo nie ma w firmie mikrofonu, a jednak jest tu głośno, okna otwarte, więc dociera hałas ulicy, a aparat co prawda ma wbudowany mikrofon, ale nie kierunkowy i zbiera głos zewsząd, a szczególnie z najbliższego sąsiedztwa, czyli niekoniecznie złapie kogoś przemawiającego metr dalej. Zaczęłam od drugiego końca pokoju, żeby nie usłyszała co jest grane. Potem przyjechał Paulo i stwierdził, że miałam to robić bez mikrofonu i statywu, bo to miało być “szalone i eksperymentalne” a nie nudne blabla (zdawało mi się, że wczoraj właśnie o takie blabla od każdego mu chodziło) i “gdybym chciał zrobić coś zwyczajnego, to nie dawałbym tego zadania tobie” i że po lunchu on mi pokaże jak to powinno być zrobione - że trzeba wyjść na na ulicę, krzyczeć, skakać, może nawet zaczepiać przechodniów; że wyśle Dalilę pod jakimś pretekstem na godzinę z firmy i wtedy to nagramy, wszyscy się ustawią na deptaku, kamerę położy na ziemi i zrobimy coś odlotowego… No dobra, to czekam. Po lunchu nic nie nastąpiło, szef zamiast wysłać gdzieś Dalilę, dał jej więcej pracy na miejscu i tyle.

Więc dzisiaj rozmawialiśmy z Pedro na MSN (pomimo, że siedzimy do siebie plecami, ale to tutaj normalna droga komunikacji - czaty) o tym, co Paulo mi powiedział, Pedro generalnie stwierdził, żebym się nie przjmowała, bo szef taki jest - zapomina, olewa, a poza tym skoro on to wymyślił, to niech to zrobi, ja nie powinnam się poczuwać do żadnej odpowiedzialności za to, czego on nie zrobi (no bo wydawało mi się, że to w głownej mierze było moje zadanie). Rozmawialiśmy o tym pomyśle i przyszło nam do głowy jego rozwinięcie - w firmie pojawia się tajemniczy morderca, który po kolei zabija wszystkich pracowników, pozwalając im łaskawie na wypowiedzenie ostatnich słów i wszyscy wykorzystują tą okazję na złożenie życzeń Dalili. Mieliśmy z Pedro ubaw z tego pomysłu i z tworzenia listy możliwych metod zabicia pracowników - uduszenie kablami, zasztyletowanie piórem od tabletu, porażenie prądem przy włączaniu komputera, zatruta kawa z ekspresu, utopienie w sedesie, ktoś mógł nie wytrzymać presji i wyskoczyć przez okno krzycząc “Parabeeeeens” [w wolnym tłum.: Sto laaaaat"] (tylko to byłoby trudne do zamarkowania dla potrzeb nagrania). Oczywiście nagranie z założenia miało wyglądać bardzo amatorsko i każde ujęcie byłoby naprawdę krótkie i nie na serio. Przedstawiłam ten pomysł Paulo, ale on stwierdził, że to jest zbyt skomplikowane i na pewno nie wyjdzie. Powiedziałam mu więc, że mamy łatwiejszą wersję scenariusza - otóż wszyscy pracownicy postanawiają zabić szefa, i przed zadaniem ostatecznego ciosu pozwalają mu na ostatnie słowa a on mówi “Dalilo, przepraszam, że zapomniałem o twoich urodzinach!” - ale O DZIWO ten pomysł też mu się nie spodobał, ciekawe czemu? :P W końcu Paulo stwierdził, że możemy spróbować z tym seryjnym mordercą i sądziłam, że wykaże się wsparciem, ale znów - poszedł na lunch, a po powrocie nic, zero współpracy. W międzyczasie Pedro coś nagrał z kolegą “Moszem”, ale nikt inny nie chciał partycypować, wykręcając się pracą (taaa, siedzenie na MSN; Pedro podsumował ich jako komputerowych nudziarzy bez wyobraźni i spontanu) i po prostu daliśmy za wygraną. A wydawało mi się, że Portugalczycy, szczegolnie w firmie designerskiej, mają więcej życiowej fantazji…

A po pracy wróciłyśmy z Dalilą do Santo Amar i poszłyśmy na rolki na promenadę, która biegnie wzdłuż plaży - biegnie przez 4 miejscowości i prawie całą przeszłyśmy wczoraj piechotą, było pięknie! Była już noc, ale było ciepło, ocean przyjemnie szumiał, a widok był niesamowity - widać stamtąd deltę Tagu i wybrzeże na południe od Lizbony, wszystko rozświetlone milionem światełek. Po promenadzie, która biegnie po zróżnicowanej linii brzegu, ludzie spacerują, jeżdżą rowerem i na rolkach, są knajpy, porty dla żagłowek, pomnik przedstawiający ogon wieloryba chyba w sklali 1:1, ławeczki, palmy… normalnie jak Kalifornia :D
Dzisiaj “jeździłyśmy na rolkach” to znaczy Dalila jechała, a ja ją asekurowałam - powiedziała mi, że nie umie jeździć, ale oczywiście przesadziła, bo radzi sobie zupełnie dobrze.

Urodziny

0

Posted by Naat | Posted in praca, proza zycia :P | Posted on 26-05-2009

Dziś są urodziny Dalili, więc z Pedro poszliśmy kupić jej prezent -  chciałam kupić coś wcześniej, ale Pedro stwierdził, że tutaj zawsze kupują prezent tego samego dnia. Camila też się dołożyła i wyszła z tego torebka i naszyjnik z bansoletką. Gdy wróciliśmy ok. 12.00, szef wezwał mnie do pokoju Barbary - poszłam tam, opórcz nich był jeszcze Tiago (Chiqui) z częsci 3D (czyli nie ten, który siedzi obok mnie - to Simoes). Paulo siedział zrezygnowany na krześle i wyznał, że… ZAPOMNIAŁ o urodzinach Dalili! Straszane rzeczy… :P W jego przypadku to nic dziwnego, ciągle o wszystkim zapomina, tyle ma rzeczy na głowie. W każdym razie powiedział, że “nie mamy żadnego prezentu”, więc mu powiedziałam, że coś tam mamy, bo nasza trójka już coś kupiła. Na co on: “Och wspaniale! Bo przecież nie można było poczekać na wszystkich i razem kupić czegoś dużego i fajnego, tylko jakieś pierdoły… Jak ja tego nie lubię, że ludzie nie mogą czegoś zrobić wspólnie” itd. w tym stylu. Pomyślałam: Halo? Masz do nas pretensje, że coś kupiliśmy, a sam dopiero o 12.00 w dniu urodzin się zorientowałeś, że wypadałoby dać prezent? Poza tym - to już powiedziałam - ja tu jestem nowa i nie wiem jakie są zwyczaje. “No tak, tak, ja nie mam do ciebie pretensji, tylko to reszty… W każdym razie, oto co zrobimy - weźmiesz aparat i nagrasz teraz wszystkich po kolei jak składają Dalili życzenia, a potem na koniec dnia, jak już będzie chciała iść do domu, to jej to damy i powiemy, że to materiał do montażu od klienta i ma być zrobione od zaraz, ona się zirytuje, otworzy a tam niespodzianka”. Powiedziałam, że super, tylko jak to zrobimy, skoro ona cały czas siedzi z nami wszystkimi. Paulo powiedział, że po lunchu wyśle ją pod jakimś pretekstem gdzieś na dłużej i wtedy to zrobimy.
Zapytałam, czy ma ładowarkę do aparatu, bo wczoraj sprawdziłam, że baterie nadal, od piątku gdy je wykończyłam w MSA, są rozładowane. Tak - wziął ładowarkę, ale co się okazało - pomylił się i wziął nie od tego apratu. Więc oczywiście poleciało kilka “fodasse” i “fuck” i znalazł rozwiązanie - mam teraz iść do FNAC (taki portugalski Empik, z tym, że jest tam też sprzęt elektroniczny w stylu komputer, aparaty i kamery) i kupi nową ładowarkę do baterii, to rozwiąże problem na zawsze, bo wtedy on będzie jedną miał w domu a druga będzie w firmie. Dał mi swoją kartę kredytową i pin(!) i poszłam na misję… Okazało się niestety, że we FNACu nie mają ładowarek, które by ładowały baterie do TEGO aparatu - w końcu to nie byle Canon, tylko 5D Mark II… Sprzedawca powiedział, że spodziewają się takich ładowarek pod koniec tygodnia (jasne..), więc zapytałam, czy zna inny sklep w okolicy, w którym bym mogła zapytać, powiedział mi o dwóch. Poszłam do pierwszego, ale też nie mieli takich ładowarek, a drugiego sklepu nie znalazłam, pomimo, że obeszłam niemal całą Baixa. Wróciłam do firmy i z Barbarą usiłowałyśmy znaleźć coś w sklepach internetowych, które mają siedzibę w Lizbonie - Barbara zadzwoniła do dwóch i w obu jej powiedzieli, że te ładowarki sprzedaje się tylko z aparatem. Widocznie jeszcze nie było na tyle dużego zapotrzebowania, żeby Canon zaczął je produkować i sprzedawać oddzielnie, bo jednak nie każdego stać na ten aparat.
W międzyczasie ludzie w firmie zaczęli wychodzić na almoço - wszyscy mieliśmy iść do Caldas uczcić urodziny Dalili. Na miejscu złączyliśmy stoły i oprócz jedzenia zamówiliśmy sangriję. Dokoła stołu na zasadzie głuchego telefonu poszła wiadomość, że po skończeniu tutaj, mamy iść do Nene, pastelarii na esplanadzie (czyli na rua Augusta - głównym deptaku), bo tam będzie “tort”. Wcześniej ludzie mi opowiadali, że jak ktoś ma urodziny, to Barbara (potem od niej się dowiedziałam, że to nie ona tylko Paulo) załatwia tort, który dostarczają do Caldas. W Nene jednak nie było de facto tortu… tylko piramida ułożona z gofrów z 25 świeczkami. Ale gofry były naprawdę dobre - są trochę inne niż polskie, bardziej “mięsiste”, cięższe i oczywiście, jak wszystko w Portugalii ;P - słodsze.

Po powrocie do firmy ładowarka już czekała, więc włożyłam do niej baterie i czekałam, aż szef wyśle gdzieś Dalilę… ale nic takiego nie nastąpiło. Więc po 18 wyszliśmy w kilka osób i poszliśmy najpierw na kieliszek ginji do baru tak małego, że tylko kupuje się kieliszek likieru i wychodzi na ulicę, a potem do Casa do Alentejo - to podupadający pałac, w którego salach znajdują się restauracje. Dziedziniec wewnętrzny robi wrażenie - można poczuć się jak w Maroku wśród tych drewnianych maswerkowych dekoracji i palm - ale jak wejdzie się na piętro z knajpami (”restauracja” to w sumie zbyt prestiżowe słowo) to widać, że wszystko jest mocno zniszczone, z rzeźbionego sufitu odpada tynk, woleliśmy też nie siadać pod wielkim kryształowym żyrandolem, w obawie, że może spaść :P Szkoda, że nie wzięłam ze sobą aparatu tego wieczora. Usiedliśmy w knajpie, która teoretycznie podawała “tapas”, bo praktycznie to była namiastka tapas[klik!]: sery, oliwki, chleb, jajecznica, cieciorka, plastry wędzonej szynki jako przekąski do wina i piwa. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i około północy poszliśmy do domu.

Dalila mnie przygarnęła ^”^

0

Posted by Naat | Posted in proza zycia :P | Posted on 25-05-2009

Najbliższe cztery noce czekają mnie jednak nie w salonie, tylko w mieszkaniu Dalili, która zgodziła się, abym u niej nocowała. Normalnie mieszka ze swoich chłopakiem, ale on od kilku miesięcy pracuje w Algarve. Ich mieszkanie jest malutkie, ale bardzo przytulne, znajduje się w Santo Amar, tuż przed Oeiras, i bardzo blisko przystanku pociągu. W zasadzie między dworcem a plażą, czyli w idelanym miesjcu! Ale dziś nie dane było mi zobaczyć plaży, ponieważ wróciłyśmy do domu ok. 22, bo najpierw siedziałyśmy w pracy prawie do 20, a potem musiałam skoczyć do nowego mieszkania po rzeczy na zmianę. Jak wróciłyśmy, to prysznic i padłyśmy… upał był dziś okrutny :S

Uciekłam z mysiej dziury!

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, proza zycia :P, weekend | Posted on 24-05-2009

Tego już było za wiele… nie dość, że w kuchni są robale, nie dość, że w piątek zobaczyłam tam też wielkiego robala, na szczęście martwego - wyglądał tak samo jak te , które na codzień tam egzystują, tylko był 10 razy większy - nie dość, że codziennie na środku dywanu jest kocia kupa, nie dość, że generalnie w tym mieszkaniu jest brudno…. to jeszcze ten wielki insekt pojawił się ŻYWY w wannie!!!

“Odprowadziłam” (metrem) Beqa na dworzec autobusowy, w drodze powrotnej zrobiłam zakupy w Modelo, wracam do domu, wchodzę do łazienki, a tam w wannie siedzi sobie wielki karaluch! Już teraz wiem, że to karaluch, bo sprawdziłam w google. To było dokładnie to samo paskudztwo, które widziałam w piątek. Był tak wielki jak na owada, że bałam się go zabić…. no bo czym go zabić, kapciem? - a jak nie trafię i on na mnie wskoczy? Albo jak nie trafię i on ucieknie i się gdzieś schowa a potem w nocy pójdzie do mojego pokoju i na mnie wlezie i…iiii…… Więc to musiało być coś dużego i ciężkiego - wzięłam butlę z płynem do płukania i musiałam kilka razy go przygnieść, żeby padł, taki miał twardy pancerz…czy co to tam jest.

Jeszcze się trzęsłam, kiedy pisałam smsa do Eduardo, żeby wszedł na chat na skype albo odebrał mail, bo mam do niego sprawę nie cierpiącą zwłoki. Oczywiście internet był tak szybki i sprawny, że bliżej było mu do niedziałania niż działania… Zaczęłam pisać do Eduardo, zapytałam go, czy jest możliwość, abym wprowadziła się o ten tydzień wcześniej, mogę spać na podłodze, nieważne, byle by w ich ładnym mieszkaniu a nie w tej mysiej dziurze… Ale połączenie ze skypem co chwila się zrywało i Eduardo niewiele zrozumiał, więc do mnie zadzwonił. Powiedziałam mu o karaluchu, on powiedział, że mogę przyjechać na tę noc, ale żebym na razie nie brała swoich rzeczy…więc powiedziałam, że ten karaluch miał 7cm (przesadziłam, ale niewiele - bo miał 5 jak nic!), a on na to: “Siedem? Dobra, przyjeżdżaj i weź swoje rzeczy”

Więc spakowałam się, ale było tego tyle (plecak, komputer, aparat, książki z biblioteki, spore zakupy jedzeniowe), że jak przeszłam 100m w drodze do metra to doszłam do wniosku, że nie obchodzi mnie ile zapłacę, ale biorę taksówkę. Złapałam jedną na Largo do Rato i odległość dwóch przystanków metrem kosztowała mnie 5 euro.

Na górze w salonie już czekał na mnie materac ze świeżą i pachnącą pościelą, a Eduardo od razu skonfigurował mi połączenie z siecią. Dostałam smsa od Beqi (bo wcześniej wysłałam mu paniczną wiadomość po bliskim spotkaniu 1wszego stopnia z karaluchem) w stylu “Nie marw się, idź spać, a jutro postaraj się przenieść” - więc mu odpisałam, że już jestem w nowym mieszkaniu, a on na to: “Wow, szybka jesteś”  …hehehe :D

W końcu miłe miejsce…. czyste i z ludźmi!

A co do wydarzeń poprzedzających wieczór, to poszliśmy na spacer, najpierw do Marques de Pombal, to rondo jest naprawdę wielkie i robi wrażenie. Potem do parku - Parque, gdzie długo sobie siedzieliśmy nad sadzawką, a potem do Corte de Ingles, jednego z centrów handlowych - jeszcze nie wiem ile ich w Lizbonie jest, ale co chwila się dowiaduję o następnym. Sklepy w Corte były zamknięte, tylko bary działały, ale postanowiliśmy zjeść w naszych Armazons do Chiado =) Tylko, że stacja pod Corte de Ingles, czyli Sao Sebastiao, jest zamknięta, bo rozbudowują ją o czerwoną linię metra, więc musieliśmy przejść kawałek do następnej stacji, czyli Parque. Jedzenie było w trybie ekspresowym, bo godzina odjazdu autobusu nagle niespodziewanie się zaczęła zbliżać. Wróciliśmy do Rato piechotą, po drodze spotykając Pedro - i oczywiście pomimo, że się śpieszymy to przecież trzeba sobie uciąć pogawędkę :P (Beqa + Pedro + portugalski = trochę zrozumiałam ;P )

Taki miły dzień, a taki karaluchowaty jego finał :S

Zrobiłam kilka fotek ku pamięci, ale tylko w kuchni, bo jakoś nie miałam ochoty fotografować innych części tego mieszkania… ale wiele nie tracicie - wszystkie są w tym stylu ;)

Zastój

0

Posted by Naat | Posted in proza zycia :P, staż | Posted on 20-05-2009

Ponieważ jakoś nie mogę się spotkać z Catariną, bo wraca do domu tak późno, że już śpię, wczoraj czekałam do 2.00 ale nie przyszła… to rano napisałam jej list o tym, że chcę się wyprowadzić. Oczywiście nie podałam wszystkich prawdziwych powodów, czyli, że jest brudno, po kuchni łażą robale - napisałam tylko, że wolę mieszkać z ludźmi, którzy są w domu, żeby mieć się do kogo odezwać. Skłamałam też, że znalazłam pokój blisko pracy :P

Nie bardzo mam co robić w pracy, bo czekamy, aż przyślą nam footage (nagrany materiał video) do serialu Equador, który musimy obrobić, czyli usunąć blue box i podłożyć wyrenderowane w 3D tło (czyli tak zwane CG - computer graphics). Z kolei w części graphic design też nic się nie dzieje, bo chłopaki, Pedro i Simoes, czekają, aż klienci zaakceptują ich wstępne projekty i będą mogli kontynuować. Znalazłam więc sobie zajęcie - fotografowanie dotychczasowego portfolio Illusive, czyli wydruków identyfikacji wizualnej klientów.
Siedzę w pracy ile mogę najdłużej, żeby jak najpóźniej wracać do tego przygnębiającego pokoju i spędzać w nim jak najmniej czasu…

Powrót do domu i znów o mało co nie wdepnęłam w kocią kupę :|

Nowy pokój?

0

Posted by Naat | Posted in proza zycia :P | Posted on 19-05-2009

Wczoraj wieczorem po powrocie z pracy do mojej mysiej dziury poczułam się znów wyjątkowo przygnębiona tym miejscem, szczególnie, że na dywanie w korytarzu leżała kocia kupa… Weszłam na internet i zaczęłam szukać pokoju, znalazłam jeden w okolicach Marques de Pombal, było kilka bardzo obiecujących fotek, więc napisałam mail. Dziś w pracy dostałam odpowiedź i od razu umówiłam się na wizytę. Okazało się, że osoby wynajmujące to para gejów, od razu o tym napisali, i czy nie mam z tym problemu, hehe :D

Pojechałam tam po pracy, od metra stacji Marques idzie się dość długo, budynek dość stary, ale w środku ładny i zadbany, a mieszkanie…. pierwsze co mi się rzuciło “w oczy” to to, że w nim pachnie! Jest bardzo duże, mieszka tam w sumie 7 osób, ale niestety łazienka jest tylko jedna. Ale Eduardo - ten, z którym korespondowałam - powiedział, że jeszcze nie było problemu z dostępem do łazienki, bo każdy ma inne godziny pracy czy szkoły. Drugim, ale ostatnim minusem jest to, że w pokoju co prawda jest okno, ale wychodzi ono na patio, które jest malutkie, za to budynek wysoki, więc to praktycznie jak ślepe okno, czyli pokój jest ciemny… Ale za to w salonie jest duuużo światła i jest internet bezprzewodowy, więc mogę sobie siedzieć na wygodnej kanapie i pracować (praca mgr jeszcze niezaczęta :S ). Poza tym ludzie wydali mi się sympatyczni, Eduardo bardzo miły, wszędzie jest czysto, Eduardo uprzedził mnie, że co tydzień w sobotę wszyscy sprzątają części wspólne domu. Naprawdę jestem za wzięciem tego pokoju! Wydaje się o tyle bardzie jcywilizowanym miejscem niż to mieszkanie Catariny! Powiedziałam Eduardo, że porozmawiam z nią i napiszę do niego jutro o decyzji. Oczywiście muszę wpłacić depozyt za 1 miesiąc czyli 250euro, żeby zabukować pokój i będę mogła się wprowadzić od przyszłego miesiąca.

Wróciłam do mysiej dziury, a tam znów kupa na dywanie… :S

Dzien trzeci - dzien kaszlu

1

Posted by Naat | Posted in proza zycia :P, staż | Posted on 13-05-2009

Nuno pokazal mi, ze moge polaczyc sie z innym komputerem i na nim renderowac…… o_O…..  szkoda, ze dopiero dzisiaj :P

Ten inny komputer ma procesor intel core i7, 2.69GHz i 11.9GB RAM…. rendery wielkosci 480px przy minimalnej jakosci na moim kompie robily sie dwa razy wolniej niz rendery 720px najwyzszej jakosci…

Szef powiedział mi, że będę robiła zdjęcia w firmie architektonicznej, dla której Illusive robi stornę internetową i rebranding. Strona ma pokazywać jaka to firma jest nowoczesna i nietuzinkowa, podczas gdy ma ona wśród architektów opinię firmy robiącej chałtury.