Tego już było za wiele… nie dość, że w kuchni są robale, nie dość, że w piątek zobaczyłam tam też wielkiego robala, na szczęście martwego - wyglądał tak samo jak te , które na codzień tam egzystują, tylko był 10 razy większy - nie dość, że codziennie na środku dywanu jest kocia kupa, nie dość, że generalnie w tym mieszkaniu jest brudno…. to jeszcze ten wielki insekt pojawił się ŻYWY w wannie!!!
“Odprowadziłam” (metrem) Beqa na dworzec autobusowy, w drodze powrotnej zrobiłam zakupy w Modelo, wracam do domu, wchodzę do łazienki, a tam w wannie siedzi sobie wielki karaluch! Już teraz wiem, że to karaluch, bo sprawdziłam w google. To było dokładnie to samo paskudztwo, które widziałam w piątek. Był tak wielki jak na owada, że bałam się go zabić…. no bo czym go zabić, kapciem? - a jak nie trafię i on na mnie wskoczy? Albo jak nie trafię i on ucieknie i się gdzieś schowa a potem w nocy pójdzie do mojego pokoju i na mnie wlezie i…iiii…… Więc to musiało być coś dużego i ciężkiego - wzięłam butlę z płynem do płukania i musiałam kilka razy go przygnieść, żeby padł, taki miał twardy pancerz…czy co to tam jest.
Jeszcze się trzęsłam, kiedy pisałam smsa do Eduardo, żeby wszedł na chat na skype albo odebrał mail, bo mam do niego sprawę nie cierpiącą zwłoki. Oczywiście internet był tak szybki i sprawny, że bliżej było mu do niedziałania niż działania… Zaczęłam pisać do Eduardo, zapytałam go, czy jest możliwość, abym wprowadziła się o ten tydzień wcześniej, mogę spać na podłodze, nieważne, byle by w ich ładnym mieszkaniu a nie w tej mysiej dziurze… Ale połączenie ze skypem co chwila się zrywało i Eduardo niewiele zrozumiał, więc do mnie zadzwonił. Powiedziałam mu o karaluchu, on powiedział, że mogę przyjechać na tę noc, ale żebym na razie nie brała swoich rzeczy…więc powiedziałam, że ten karaluch miał 7cm (przesadziłam, ale niewiele - bo miał 5 jak nic!), a on na to: “Siedem? Dobra, przyjeżdżaj i weź swoje rzeczy”
Więc spakowałam się, ale było tego tyle (plecak, komputer, aparat, książki z biblioteki, spore zakupy jedzeniowe), że jak przeszłam 100m w drodze do metra to doszłam do wniosku, że nie obchodzi mnie ile zapłacę, ale biorę taksówkę. Złapałam jedną na Largo do Rato i odległość dwóch przystanków metrem kosztowała mnie 5 euro.
Na górze w salonie już czekał na mnie materac ze świeżą i pachnącą pościelą, a Eduardo od razu skonfigurował mi połączenie z siecią. Dostałam smsa od Beqi (bo wcześniej wysłałam mu paniczną wiadomość po bliskim spotkaniu 1wszego stopnia z karaluchem) w stylu “Nie marw się, idź spać, a jutro postaraj się przenieść” - więc mu odpisałam, że już jestem w nowym mieszkaniu, a on na to: “Wow, szybka jesteś” …hehehe :D
W końcu miłe miejsce…. czyste i z ludźmi!
A co do wydarzeń poprzedzających wieczór, to poszliśmy na spacer, najpierw do Marques de Pombal, to rondo jest naprawdę wielkie i robi wrażenie. Potem do parku - Parque, gdzie długo sobie siedzieliśmy nad sadzawką, a potem do Corte de Ingles, jednego z centrów handlowych - jeszcze nie wiem ile ich w Lizbonie jest, ale co chwila się dowiaduję o następnym. Sklepy w Corte były zamknięte, tylko bary działały, ale postanowiliśmy zjeść w naszych Armazons do Chiado =) Tylko, że stacja pod Corte de Ingles, czyli Sao Sebastiao, jest zamknięta, bo rozbudowują ją o czerwoną linię metra, więc musieliśmy przejść kawałek do następnej stacji, czyli Parque. Jedzenie było w trybie ekspresowym, bo godzina odjazdu autobusu nagle niespodziewanie się zaczęła zbliżać. Wróciliśmy do Rato piechotą, po drodze spotykając Pedro - i oczywiście pomimo, że się śpieszymy to przecież trzeba sobie uciąć pogawędkę :P (Beqa + Pedro + portugalski = trochę zrozumiałam ;P )
Taki miły dzień, a taki karaluchowaty jego finał :S
Zrobiłam kilka fotek ku pamięci, ale tylko w kuchni, bo jakoś nie miałam ochoty fotografować innych części tego mieszkania… ale wiele nie tracicie - wszystkie są w tym stylu ;)