Znow nad oceanem =)

0

Posted by Naat | Posted in Caldas da Rainha, weekend | Posted on 01-05-2009

Swieto pracy uczcilismy, Beka, jego rodzice i ja (jego siostra zostala, bo w koncu miala dostep do komputera ;P ), wycieczka nad ocean - do Sao Martinho i do Nazare, gdzie wjechalismy kolejka(taka jak na Gubalowke) do tej czesci miasta, ktora polozona jest wysoko na klifie. Swiecilo piekne slonce i wialo jak cholera…. Ale widok byl piekny. Poza tym Nazare nie jest jakos specjalnie ciekawe :P Kusily mnie tylko stragany w wszelkimi rodzajami orzechow i suszonych owocow =) ale przeciez ich nie kupie, bo bym sie zaczela toczyc po dolozeniu do tego gruzinskiej kolacji ;)Kupilismy sobie tylko po takim…jakby to okreslic…placku z orzeszkow ziemnych w karmelu. Dobre bylo…ale za duze :P

Zdjecia beda niebawem…

Dookoła Peniche

0

Posted by Naat | Posted in podróż, weekend | Posted on 13-07-2008

Niedziela nie zapowiadała się ciekawie rano - we wtorek miałam mieć egzamin z typografii i usiłowałam jeszcze do ostatnich dni coś poprawiać. Ale uznałam, że to i tak bez sensu i postanowiliśmy gdzieś się ruszyć - np. do Peniche. Problematycznie jednak przedstawiały się finanse - na stronie Rede Expressos znaleźliśmy połączenie do Peniche, ale kosztowało 5,70euro w jedną stronę :/ Na szczęście gdy poszliśmy na dworzec okazało się, że jest też “normalny” autobus linii Tejo, który kosztował 3-coś tam. Więc pojechaliśmy bogatsi o w sumie 4 euro ;)

Po godzinie dojechaliśmy na miejsce i nie wiedzieliśmy za bardzo gdzie iść. Poszliśmy więc na kawę :] Tam powiedzieli nam, w którym kierunku znajduje się centrum. Udaliśmy się tam - prosto do informacji turystycznej. Musimy bardzo podkreślić, jak wspaniałą instytucją jest informacja turystyczna! Opowiedzą wam o wszystkim co warto zobaczyć, dadzą mapkę, rozkłady jazdy i można wziać dużo ładnych broszur i ulotek =) Pani nam dała mapkę i powiedziała, że półwysep można obejść w ok. 2,5 godziny i że warto iść do muzeum, które znajduje się w forcie. Poszliśmy, po drodze o mało nie zachodząc do portu (zresztą musi być tam ładnie, ale już nie było czasu, aby go zobaczyć z bliska). Fort robi wrażenie - znajduje się na skalistym występie, jest otoczony murem, który otacza też częściowo miasto (i nawet kiedyś była tam też fosa). W ogóle Peniche było kiedyś wyspą, ale ocean naniósł dużo piachu i teraz jest półwyspem - z kolei teraz ocean zabiera co kiedyś dał i ta erozja stanowi spory problem dla tego rejonu. Fort powstał w 17 wieku i pełnił ważną funkcję obronną do końca 19 wieku, a po wojnie w okresie dykatury Salazara zbudowano tam więzienie dla więźniów politycznych. Obecnie jest tam muzeum miasta - od historii, przez historię naturalną do etnografii i geologii, oglądaliśmy jednak tylko ekspozycję o więzieniu, propagandzie w czasach Salazara i rewolucji goździków.

Po zwiedzeniu fortu ruszyliśmy na podbój półwyspu - drogą wzdłuż wybrzeża do latarnii morskiej, która jest zbudowana na najdalej wysuniętym na zachód fragmencie półwyspu, a stamtąd dalej po klifach z powrotem do miasta. Po drodze napotkaliśmy kościół Remedios, który jest częściowo zbudowany pod ziemią. Wnętrze jest wyłożone azulejos (kafelkami). Poszliśmy też na wysunięty daleko w ocean cypel, który woda stopniowo wymywa z powierzchni map ;) W jednym miejscu jest on już tak wąski, że pewnie niedługo stanie się wyspą. Iwo znalazł tam kraba - siedział w jamce w skale. Nie wiedzieliśmy jak go stamtąd wywabić, w końcu Iwo dźgnął go oprawką okularów, a krabik podjął dzielnie wyzwanie :] Wyszedł z jamki gotowy do boju i wtedy zrobiłam mu zdjęcia :]

Droga powrotna zapowiadała się dość dramatycznie, ponieważ uważałam, że powinniśmy iść na ten przystanek, na którym wysiedliśmy z autobusu, Iwo natomiast optował za pójściem na dworzec. Myśleliśmy, że mamy już bardzo niewiele czasu, aby dotrzeć gdziekolwiek, bo byliśmy wciąż na obrzeżach miasta, ale okazało się, że tam wszędzie jest blisko - jak w Caldas ;) Poszliśmy na przystanek, a potem sprawdzić na dworcu - i okazało się, że autobus odjeżdża stamtąd i w dodatku wcale nie pojechał do przystanku na którym wysadzał ludzi rano!

W domu zobaczyliśmy się w lustrze i się przeraziliśmy stopniem spalenia ;P Przez cały dzień słońce przypiekało, ale nie było tego czuć z powodu silnego wiatru. [jak zwykle - klik w foto żeby przejść do albumu zdjęć]

Mikroklimat

0

Posted by Naat | Posted in weekend | Posted on 22-06-2008

W Caldas rządzi mikroklimat… Wszędzie dokoła w promieniu 10 km od tego miasta jest piękna pogoda, pełne słońce, ciepło a wręcz gorąco, ale nie tutaj. Tutaj jest zawsze zimniej, wilgotniej i “chmurzaściej” ;) Człowiek chce się wybrać na plażę, wstaje rano i za oknem widzi szarą warstwę chmur. No to nie chce mu się jechać do Foz:
a) autobusem, który póki nie ma wakacji odchodzi w weekend tylko o 13.00 a wraca tylko o 19.00 (a co można robić na zimnej plaży przez 6 godzin?)
b) rowerem - bo może zacząć padać

Wspominam sobie kwiecień, kiedy lało każdego dnia… i ludzie mówili, żebym nie narzekała, bo w maju jeszcze tego pożałuję - bo takie będą upały. Wspominam sobie maj, kiedy już nie lało codziennie, ale było ok. 15-18 stopni przez większość dni. A czerwiec też nie lepszy… Podobno takiego zimnego i deszczowego lata nie było w Portugalii od 30 lat.

Wypady na plażę w ten weekend były u mnie nietrafione. W sobotę pojechałam z Nikoliną rowerem, w Caldas była ładna pogoda, niestety w Foz - przeciwnie. Natomiast w niedzielę w Caldas chmury, więc nie pojechałam, ale Natalia owszem - i okazało się, że w Foz piękne słońce, gorąco i cudnie… eh :/ :P

Parę fotek z wyprawy rowerowej do Foz:


Cmentarz w Nadadouro, po drodze do Foz. Nikolina się tu chciała zatrzymać, nie wiem co w tym ciekawego. Może w Finlandii mają inne cmentarze ;P


A tu już plaża na zatoką Obidós. Pełna nazwa miejscowości to Foz do Arelho. Foz to po portugalsku delta.


Smażalnie ryb przy plaży.


W ramach dokształcania językoznawczego ;P
praia - plaża [czyt. praja]
bicycleta - rower [bisisleta]

6 godzin w siodle

0

Posted by Naat | Posted in podróż, weekend | Posted on 14-06-2008

Wstałam o 6.45!!! O 7.30 wyjechałam z domu, po drodze zatrzymując się na targu, aby kupić regionalne ciasteczka i marchewki. I w drogę… pod górkę… Już w Caldas okazało się, że będę jechać pod górkę. Poprzedniego dnia sprawdzałam drogę na google maps i usiłowałam skoncentrować swoją pamięć wzrokową… no ale nie wyszło idealnie, bo w pierwszej miejscowości zamiast jechać prosto, skręciłam i przejechałam kilka kilometrów zanim wróciłam na właściwą drogę - a najgorsze było to, że gdy zgubiłam drogę jechałam z górki! Więc wracać musiałam znów pod górkę… W końcu dotarłam do Salir de Matos, gdzie przyjechał po mnie samochodem Braunyng. Okazało się, że do jego domu było jeszcze bardziej pod górkę :P Bo można rzec, że mieszka on w górach. Nie są duże, ale dość strome, wzgórza właściwie, ale dużo ich jest, wyglądają przepięknie, malowniczo, niczym portugalskie Bieszczady =)

[salbum=24,n,n,left]Wyjechaliśmy konno ok. 10.30. Wróciliśmy o 18.30… Nogi mi cudem nie odpadły :P Co to był za tereeeen… Nie dociągałam popręgu od samego początku i przy pierwszym zjeździe z dłuuugiej górki wylądowałam z siodłem na szyi Haragona. Galopy pod górkę, wąwozy z niskimi gałęziami, upał, strasznie długi kawałek asfaltowej szosy, która przeprowadziła nas przez kilka wsi, w ostatniej był sklep, gdzie kupiliśmy lunch - banany i chipsy :P Zjedliśmy go w prawdziwym lesie - bo te, które mijaliśmy do tej pory były rzadkie, z rachitycznymi drzewkami. Siedzieliśmy sobie tak ze dwie godziny i ruszyliśmy w drogę powrotną. Oczywiście nie mogliśmy wrócić tą samą drogą, ani nawet drogą, którą znał Braunyng - postanowiliśmy odkryć nowe lądy ;) To w znacznej mierze okazało się być pakowaniem się w krzaczory, chaszcze okrutne, przedzieraniem się na przełaj przez łańcuchy wzgórz przez kłębowiska gałęzi, pnączy dzikich róż z kolcami i gigantycznych trzcin o ostrych, tnących liściach. Na koniec jeszcze nadrobiliśmy drogi, aby pojechać *w* strumieniu - ale tu już konie odmówiły współpracy :P I tak je podziwiam, były bardzo oddane i cierpliwe, że tyle nas niosły!

Nie zrobiłam wielu zdjęć, bo wolałam nie ryzykować fotografowania z konia, nigdy nie wiadomo, gdzie by poleciał mój aparat, gdyby nagle któryś z koni zdecydował się spłoszyć ;P I żałuję, że wielu rzeczy nie sfotografowałam, mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę rowerem, choć to kawaaał drogi….

PS. Zakwasy w niedzielę były straszne. W poniedziałek było jeszcze gorzej, ledwo wstałam z łóżka. Wtorek też był okrutny… Po tygodniu już było znośnie ;P [przyp. późniejszy :P]

To się napedałowałam :]

0

Posted by Naat | Posted in fotografia, weekend | Posted on 07-06-2008

Sobota dniem sportu była :] Natalia i jej mama pojechały na plażę do Foz autobusem, a ja rowerem - z tym, że obrałam dłużą drogę, bo przez Nadadouro, za którym mieszkają Oriana i Janet, bo musiałam im podrzucić płytę ze zdjęciami. Akurat ich nie było, za to był Braunyng i Fernando, których poznaliśmy poprzednio, w środę. Jedli lunch i koniecznie chcieli mnie poczęstować, ale jako, że głodna nie byłam to chociaż mi wina nalali ;) a potem wcisnęli lody (ja OCZYWIŚCIE straaasznie protestowałam ;P ) I Braunyng zaprosił mnie do siebie na jazdę konną =) Narzekał, że ma dwa konie i nigdy nie może obu zabrać na przejażdżkę, bo nie ma kto z nim pojechać. Ja z chęcią skorzystam :)

W sumie zrobiłam rowerem chyba ponad 20 km w obie strony. A trzeba pamiętać, że tu nie ma “płasko” ;P Droga powrotna zajęła mi jakieś 2 godziny, bo przecież nie mogłam przejechać obojętnie obok tych wszystkich pasjonujących obiektów fotograficznych :D jakie możecie zobaczyć tu:

Foz

[klik w fotę, aby przejść do galerii]

Najlepszy był osiołek (a może to muł?) pasący się przy starej chałupinie, stojącej po środku nowego osiedla willowego. Biedak był uwiązany za nogę :(

Tourada

0

Posted by Naat | Posted in Caldas da Rainha, kultura, weekend | Posted on 23-05-2008

To całe “uwolnienie byków” okazało się nie być czymś podobnym do imprezy w Pampelunie - na szczęście :P - a takie było moje pierwsze skojarzenie, gdy usłyszałam to określenie i gdy Marcio zaczął tłumaczyć “no wiesz, byki będą na ulicy…” - sam nie wiedział co to będzie.

[salbum=20,n,n,left] Tourrada - tak się nazywa ta impreza - polega na tym, że buduje się zamknięty czworobok, arenę, na którą wypuszcza się byka, lub byki, a śmiałkowie (amatorzy, nie torreadorzy) mogą tam wejść i starać się “kontrolować” bestię, aby wygrać nagrodę (w tym wypadku było to podobno 100 euro). W tym wypadku wyglądało to tak, że gdy byk był w jednym końcu długiej areny, w drugim zbierali się mężczyźni, którzy go drażnili wrzeszcząc, machając szmatami, podchodząc bliżej. Gdy byk zaczynał szarżować w ich kierunku - uciekali za barierki, a w tym końcu areny, z której przybiegł byk, pojawiali się kolejni… a biedne zwierzę biegało w tą i z powrotem. Czasem zatrzymywało się przy barierkach dłużej, i wtedy np. można było rzucać mu piasek w oczy, żeby go bardziej rozdrażnić… Podobno niejednokrotnie zdarza się, że byk kogoś rani, ale każdy wchodzi tam na własną odpowiedzialność, nawet nastoletni chłopcy pchają się na arenę, a wszyscy “prawdziwi” mężczyźni strasznie się tą imprezą ekscytują…

Chciałam zrobić zdjęcia, ale mój sprzęt jest za słaby, była noc, a nie mam lampy błyskowej jak Goncalo, który po pozwolił mi umieścić swoje zdjęcia w galerii (—klik!—). Mnie udało się zrobić tylko tyle:

Erasmus Day Trip

0

Posted by Naat | Posted in podróż, weekend | Posted on 17-05-2008

Biuro współpracy z zagranicą w Leirii miło zaskoczyło mnie mailem kilkanaście dni temu - otóż zorganizowano jednodniową darmową wycieczkę dla Erasmusów po regionie Oeste - Leiria, Batalha, Praia de S. Pedro de Moel, Nazaré (gdzie jedliśmy lunch) i Óbidos. Z naszej 11 osobowej grupy erasmusów tylko Anita, Balazs i ja chcieliśmy jechać. Zastanawialiśmy się ile w sumie osób będzie na tej wycieczce, wydawało nam się, ze niedużo, bo ile może być erasmusów w jednej szkole? 30? I jeszcze 2/3 nie będą chciały jechać?

[salbum=19,n,n,left] W sobotę o 9.00 pod szkołą mieliśmy “zbiórkę” naszej trójki, przyjechał po nas bus i pojechaliśmy do Peniche, gdzie znajduje się inny wydział politechniki, skąd mieliśmy zabrać jeszcze jedną osobę. Na miejscu okazało się jednak, że nikt się nie pojawił - czekaliśmy kilkanaście minut, dzięki czemu mogłam obfotografować klify, ocean i Balazsa ;) Peniche to piękne miejsce, koniecznie muszę tam ponownie pojechać na foto-łowy =)

Wsiedliśmy do samochodu, w drodze usiłowaliśmy nadrobić brak snu, okazało się, że jesteśmy już na tyle spóźnieni, że nasza wycieczka zdążyła już opuścić Leirię, więc nasz sympatyczny kierowca zawiózł nas od razu do Batalhii. Tam onaleźliśmy naszą grupę zwiedzającą klasztor i spotkaliśmy Anę Cecilię, żelazną damę, tudzież DOMINĘ, miłość życia Balazsa ;) (doszedł do takiego wniosku, gdy pierwszy raz odwiedzał Leirię), czyli główną koordynatorkę ds. studentów zagranicznych, która rządzi całym tym interesem. W rządzeniu się naprawdę spełnia ;P Przywitała nas i od razu powiedziała, że zbiórka pod autokarem jest o 11.00. Była 10.30. Zwiedzić zabytek w tym czasie nie dałoby rady, więc postanowiliśmy pójść na kawę, aby się obudzić i zjeść śniadanie (drugim ważnym celem była toaleta). O 11.00 byliśmy w autokarze, ale ruszyliśmy jakieś pół godziny później, bo nie wszyscy okazali się być tak puntualni jak my :P Zagadał do mnie chłopak siedzący po drugiej stronie przejścia - po angielsku: skąd jestem. Powiedziałam, że z Polski, a on powiedział po polsku, że on też :] Okazało się, że w sumie w wycieczce brało udział 10 Polaków. Ale pozostałych osób nie poznałam. Jednakże najliczniejsza nacją tam obecną byli Chińczycy, potem Brazylijczycy i Hiszpanie. W sumie cały wielki autokar.

W drodze do plaży Sao Pedro de Moel przejeżdżaliśmy przez park narodowy, założony i posadzony na rozkaz króla D. Dinis. Rosną tam wieeelkie drzewa… ;P Sosny, platany i inne, których nazw nie znam… Domina i pozostałe dwie panie przewodniczki postanowiły, ze wysiądziemy i pokonamy kilometr piechotą - po to, aby spalić ciastko - pastel de nata, którym każdy został uprzednio poczęstowany. Jak usłyszeliśmy ten argument mało z foteli nie spadliśmy nie spadliśmy :> No więc pielgrzymka ruszyła, daleko nie było, widoki przepiękne, prawie jak puszcza, po chwili zobaczyliśmy autokar i dalej w drogę. Dojechaliśmy do S. Pedro, autokar się zatrzymał, a jedna z przewodniczek - potem się dowiedziałam, że to ponoć dyrektorka naszego ESAD - powiedziała “No to teraz macie 5 minut. 5 MINUT!”. I to miał być pobyt na plaży? 5 minut?? Więc zdążyliśmy wysiąść, przejść się kawałek do latarni morskiej, zrobić zdjęcia i już trzeba było wracać…. I znów w drogę - do Nazare. Tam czekał lunch :] W drodze jeszcze raz się zatrzymaliśmy i z niedowierzaniem usłyszeliśmy tekst “No to teraz macie 1 minutę - możecie zrobić zdjęcia”. Zaczęliśmy się zlewać z całej tej sytuacji - tu 5 minut, tam jedna, tu macie robić zdjęcia, teraz macie iść, teraz macie zwiedzać 10 minut, potem macie jeść 30 minut….

Ale lunch był naprawdę pyszny - zupa-krem, ryba, ziemniazki, sałatka i nawet deser i kawa, w restauracji na plaży (w zasadzie nad plażą). Siedzieliśmy przy stole z Kamilem (Polakiem, jedynym którego tam poznałam), trzema Hiszpanami i Chińczykiem, który wyglądał na bardzo nieśmiałego i zagubionego w świecie człowieka (ciekawe kto go wypchnął na taką wyprawę na drugi koniec świata). Nazare to ciekawa miejscowość - położona w połowie przy plaży, nisko, na poizomie morza, w połowie na wysokim klifie, na który można wjechać specjalną kolejką. Niestety, nie dane nam było nawet jej zobaczyć, bo tuż po lunchu oczywiście - 5 minut i do autokaru, do Óbidos. Tam mieliśmy aż godzinę! A ponieważ już byliśmy w Óbidos, to od razu poszliśmy na poszukiwanie ginji (ginja - likier czereśniowy), którą tam podają w czekoladowych kieliszkach =) (za 1 euro). Na głównej uliczce Óbidos, gdzie są tylko sklepy dla turystów i gastronomia, jest kilka barów wręcz na ulicy, wystarczy stół, wielka butla ginji i paczki kieliszków z czekolady. Przesliśmy się tamtędy, a potem zleźliśmy knajpę z ogórdkiem, żeby usiąść w słońcu, bo za ciepło to nie było… Pogoda się zepsuła permanentnie już w kwietniu :(
Niebawem dosiedli się do nas się Hiszpanie i Chińczyk. Okazało się, że tej nocy w Leirii jest koncert rockowy, a po nim “alernative disco” :> i czy chcemy pojechać z nimi, mają nas gdzie przenocować. Propozycja była kusząca, ale po dłuuuugich przemyśleniach wybraliśmy spanie we własnych łóżkach. Więc zostaliśmy odwiezieni do Caldas, a wycieczka pojechała jeszcze do Peniche (ciekawe ile minut tam mieli, pewnie mniej niż ja rano, gdy czekaliśmy aż pojawi się student-widmo ;P)
Podsumowując - wycieczka była wręcz przeorganizowana, dobrze, że w większości miejsc już byliśmy, bo nic byśmy nie byli w stanie zwiedzić :P Ludzi poznaliśmy niewielu, bo każdy był zajęty w swoim towarzystwie - ale ci, których poznaliśmy byli bardzo sympatyczni. Ale najlepsze było to, że świetnie się bawiliśmy tylko w naszej trójce, co chwila żartując ze wszystkiego. Anita i Balazs to doprawdy doborowe towarzycho ;D

Lisboa day 2

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, kultura, podróż, weekend | Posted on 11-05-2008

Domingo (niedziela):

Wstałyśmy późno i zanim się pozbierałyśmy do wyjścia było ok. 11.00. W dodatku zgodziłyśmy się poczekać na Marcio, który obiecał zaprowadzić nas do miejsca, gdzie są dobre śniadania. Niestety, zanim on wyszedł, zanim poszliśmy do bankomatu, zanim znalazł to miejsce była już pora lunchu, w dodatku w barze nie było wolnych miejsc. Zaczęliśmy więc szukać innego miejsca, w którym można by coś zjeść, ale w niedzielę o tej porze spora część restauracji była zamknięta. W końcu trafiliśmy do jakiegoś pawilonu ze sklepami i z barami szybkiej obsługi. Za 5 euro dostałam posiłek zbliżony do tego, co jest w kantynie. Natalia wybrała McDonalds (lub jak to określa Anita - McShit ;P). Marcio zamówił zupę, u nas nazwano by ją zapewne gulaszową - była gęsta, miała w sobie dużo kiełbasy, kluski i fasolę, wyglądała jak fasolka po bretońsku.

O 15.00 miałyśmy być u prof. Miguela Baptisty. Marcio przyjrzał się mapce, którą narysował Natalii Baptista i stwierdził, że odprowadzi nas do miejsca, gdzie mamy wsiąść w tramwaj, bo jest ono niedaleko i nie musimy jechać tam metrem (jak sugerował Baptista). Rzeczywiście, to przystanku tramwajowego było niedaleko, ale gdy tam doszliśmy sprawy się zaczęły komplikować, bo Marcio nie za bardzo się odnajdywał w przestrzeni. Zapytałam się go, gdzie możemy kupić bilet, bo sklepy były zamknięte i też nie bardzo umiał odpowiedzieć, Natalia zasugerowała, że możemy pójść piechotą, bo to chyba niedaleko, Marcio zaczął pytać o drogę przechodniów, nie wiedzieliśmy który numer tramwaju tam jedzie… ogólnie nie mogliśmy się dogadać ani z sobą ani z przechodniami, a Natalia zaczęła się denerwować, że się spóźnimy… w końcu postanowiliśmy, ze pójdziemy dwie przecznice dalej, bo może kawiarnia Cafe Cafe, czyli jeden z punktów orientacyjnych na mapie, jest już tak blisko. Więc poszliśmy… i szliśmy… i szliśmy… i szliśmy… w międzyczasie Marcio stwierdził, ze on przecież nie chce się spotykać z Baptistą, bo go nie lubi, więc on już sobie wróci do domu, po drodze wchodząc do muzeów (w niedzielę wstęp wolny). A my szłyśmy dalej… i szłyśmy… i szłyśmy. Oczywiście złe, bo niepotrzebnie słuchałyśmy Marcio, który twierdził, że to niedaleko, a w sumie to sam nie wiedział gdzie to w ogóle jest. Straciłyśmy przez niego już kilka godzin.

W końcu doszłyśmy prawie pod sam Most 25 kwietnia i znalazłyśmy Cafe Cafe, potem jeszcze trochę pobłądziłyśmy, bo Baptista też nie ma, widać, talentu do opanowywania przestrzeni (choć jest projektantem :P), przynajmniej tej, którą musi przekształcić w dwuwymiarową mapę… W końcu, spóźnione pół godziny, znalazłyśmy jego pracownię.

Jego pracownia jest świetna, ładny wystrój i miła atmosfera, przy małej uliczce, więc cicho, wielkie okno na całą ścianę… W sumie spotkanie sprowadziło się do prezentacji jego twórczego dorobku w postaci portfolio na komputerze. Jego prace bardzo nam się podobały. Oprócz projektowania przedmiotów (wszystkie minimalistyczne, proste, eleganckie) Baptista zajmował się też przez 12 lat organizacją Lizbon Fashion Week i projektował wystawy. Ogólnie bardzo różnorodne zajęcia i wszystkie na wysokim poziomie. Jesteśmy dumne z siebie, że znamy znanego projektanta ;P

A tu jego strona, niestety jeszcze nic na niej nie ma ;P www.mvbfactory.com

Po pożegnaniu z Baptistą poszłyśmy na przystanek tramwajowy i pojechałyśmy do Belem, dzielnicy kulturalnej. Jest tam m.in. klasztor z przepięknym kościołem - pierwszy raz widziałam, ale w transepcie były ustawione ławki dla wiernych. Potem poszłyśmy do CCB - Cultural Centre of Belem. To duży budynek, w którym mieszczą się muzea, teatr i galeria Barroto - galeria sztuki nowoczesnej, gdzie się udałyśmy. Była już 18.00 a o 19.00 zamykali, więc bardzo szybko musiałyśmy obejrzeć ekspozycje. Po tym wróciłyśmy do naszej linii tramwajowej nr.15 i okazało się, ze drogę do domu mamy bardzo prostą. Wysiadłyśmy na Cais Sodre i piechotą poszłyśmy do domu. Po drodze, na deptaku zaczepił nas chłopak z Senegalu - zaszedł nas od tyłu, więc trochę się wystraszyłyśmy, że może to jakaś mafia narkotykowa albo co ;P Ale okazał się być sympatyczny, tylko nie za dobrze mówił po angielsku… i długo nie chciał się odczepić ;P Opowiadał o Senegalu, o tym, że jest piłkarzem i żył już w Turcji, chyba w Belgii i we Francji, o ile dobrze pamiętam. Strasznie się ucieszył, ze nas poznał, bo - jak tłumaczył - czasem spotyka ludzi i oni nie chcą z nim rozmawiać…. nie powiedział tego, ale zapewne chodziło mu o rasizm.

[salbum=18,n,n,left,clear]Po powrocie umówiłyśmy się na dinner z Jose. Pojechaliśmy na pizzę, podobno najlepszą w mieście. Pizzeria była pełna i chyba z pół godziny czekaliśmy aż zwolnią się dla nas miejsca. Jedzenie rzeczywiście było wyśmienite. Na przystawkę Jose zamówił opiekaną mozarellę, która smakowała niemal identycznie jak opiekany oscypek. Wróciliśmy szybko do domów, bo trzeba było się szykować do drogi - udało nam się wyprosić, aby Jose odwiózł Natalię na lotnisko, bo samolot miała o 7.00 a żadne środki komunikacji o 5 nad ranem w Lizbonie do lotniska nie dojeżdżają :/ Z kolei ja się załapałam na podwiezienie do Caldas, bo Jose jechał do ESAD na zajęcia od samego rana. To wszystko oczywiście równało się - bardzo mało snu :/

Lisboa day 1

0

Posted by Naat | Posted in Lisboa, design, podróż, weekend | Posted on 10-05-2008

Sabado (sobota):

Planowalysmy pojechac do stolicy najwczesniejszym autobusem - o 7.00, ale jako, ze poszlysmy spac kolo 5.00/6.00 to zdazylysmy na autobus o 9.30 - wiec w Lizbonie bylysmy ok. 11.00. Zostawilysmy walize i torbe w przechowalni bagazu (2,50?/dzien), niestety punkt jest otwarty tylko do 18.00, ale postanowilysmy sie tym martwic pozniej. Przeszlysmy na stacje metra, ktora jest tuz obok (wszyscy szli w tym kierunku ;P) i potem stracilysmy inwencje tworcza co do kierunku, w ktorym sie udac. Zorientowalysmy sie, ze jestesmy obok ZOO, o ktorym wspominal nam Jose, przeszlysmy wiec na druga strone baaardzo szerokiej ulicy, na ktorej chyba przejscia dla pieszych nie istnieja, i znalazlysmy sie przed wejsciem do ogrodu, i bardzo tam smierdzialo ;P Staralysmy sie isc w strone slonca - to byla kolejna rada Jose: zawsze starajmy sie isc w storne rzeki, ktora jest *zazwyczaj* na poludniu ;P). Skonczylo sie na tym, ze weszlysmy w jakies osiedle a potem znow do wielkiej ulicy… i juz myslalam, ze zrobilysmy kolko i znow wyladujemy na dworcu, kiedy okazalo sie, ze dotarlysmy do reprezentacyjnej ulicy z samymi hotelami, restauracjami i bankami (Avenida dos Combatantes), ktora doszlysmy do Praça de Espanha (Plac hiszpaski). Tam skontaktowal sie z nami Jose, powiedzial nam jak dojechac metrem do stacji Cais do Sodre, gdzie bedzie na nas czekal.

W miedzyczasie poszlysmy do pieknego Ogrodu Gulbenkian. Posiedzialysmy troche w miejscu, gdzie znajduje sie scena, na ktorej akurat odbywal sie trening capoeiry i otoczyly nas golebie… Ogrod jest czescia kompleksu Muzeum Calouste Gulbenkiana, armenskiego biznesmana, ktory zyl w latach 1869-1955, dorobil sie na interesach z ropa ogromnego majatku, ktory zainwestowal w sztuke. Zalozyl fundacje swojego imienia, ktora siedzibe ma w Lizbonie. Niestety nie mialysmy juz czasu, aby zwiedzic muzeum. To bedzie punkt programu nastepnej wycieczki do stolicy :]

Odezwal sie tez do mnie Rui, ktory przyjechal do Lizbony na festiwal animacji Monstra i zapytal, czy chcemy pojsc z nimi o 21.30 na ten festiwal. No pewnie, ze chcialysmy :]

W metrze mily pan z obslugi pomogl nam okielznac maszyne do wydawania biletow. Bilet w jedna strone, wraz z karta, na ktora “nabija sie” kolejne bilety, kosztowal 1,25?. Bez karty jeden przejazd to 75 centow, w obie strony 1,40?… Ceny biletu tramwajowego nawet wyzsze - jeden przejazd 1,35?. Bilet do kolejki, ktora pokonuje najbardziej storme ulice 1,30? (jedzie moze z 5 minut). Ogolnie transport tani nie jest. W sumie przez te dwa dni na 5 biletow wydalysmy 6.65? a i tak dwa razy nie skorzystalysmy z komunikacji (o czym bedzie potem).

Spotkalysmy Ze i poszlismy do jego firmy, poniewaz wraz z jego szefem Paulem mielismy pojsc na lunch do brazylijskiej restauracji, gdzie serwuja pyszne mieso (juz sobie wyobrazalysmy ile stracimy tam pieniedzy ;P). Firma Illusive znajduje sie blisko Rua do Ouro, ulicy-deptaka ze sklepami i, jak sie potem okazalo, takze niedaleko domu siostry Marcio, u ktorej mialysmy nocowac. Biuro nie jest duze, ale jest w nim mnostwo komputerow, chyba ze 25 (pracuje tam 18 osob), i jest troche ciasno, ale atmosfera przytulna. Czekalismy az Paulo dokonczy prace i pojechalismy jego samochodem, chociaz restauracja byla niedaleko. Jedzenie bylo pyszne - mieso chyba wolowe, pokrojone w cienkie paski, zrobione na ruszcie, jedno z czosnkiem, drugie bez, do tego dwa wielgachne ziemniaki z sosem czosnkowym, ryz, czarna fasola w sosie, salatka zwykla - salata, marchewka, ale z pysznym sosem. Wszystko dostalismy na srodek stolu i kazdy nakladal ile chcial na swoj talerz. No po prostu sie mozna bylo rozplynac nad tym jedzeniem :D A na koniec Jose powiedzial, ze za wszystko placi on :]

Niestety, w restauracji spedzilismy chyba ze 2,5 godziny! Bylo juz po 16.00 kiedy wyszlismy i Ze zaproponowal pojscie na zamek. Ale musielismy najpierw pojechac po nasze bagaze i przetransportowac je do firmy na przchowanie, bo z Marcio mialysmy sie spotkac dopiero wieczorem, gdyz dopiero o 19.00 przylatywal do Lizbony. Ruszylismy wiec na zamek. Droga wydawala sie prosta, bo bylo go widac - wystarczylo tylko isc w jego kierunku pod gorke… Tylko, ze ulica byla jedna dluga spirala i gdy juz sie wydawalo, ze dochodzimy do jakiegos wejscia, okazywalo sie, ze trzeba isc dalej. W koncu doszlismy, przechodzilismy nawet przez jakies ruiny domow…no reprezentacyjnie to ta okolica zamkowa nie wyglada ;P Zreszta sam zamek tez zadna rewelacja, a wstep kosztowal 5? ;P Akurat odbywal sie na nim jakis festyn, byla glosna muzyka i mnostwo stoisk z pamiatkami, torbami, bizuteria i innymi pseudo-sredniowiecznymi gadzetami.

Wrocilismy do Illusive po bagaze, pobawilam sie tabletem, ktory jest boooski i ja chce taki!!! =) Spotkalismy sie z Marcio i poszlysmy do domu jego siostry, ktory znajduje sie w sasiedztwie duzej, koncowej stacji kolejowej - Terminal do Rossio. Jego siostra jest troche dziwna i sie jej balysmy ;P Prawie nic nie mowi, przez co sprawiala wrazenie, jakby ledwo co nas tolerowala w swoim domu. Zjedlismy obiad… maly byl ;P i poniewaz Marcio nie chcial tego wieczoru nigdzie wychodzic, umowilysmy sie znow z Ze. Poszlismy do baru z niesamowitym wystrojem wnetrza - styl konca XIX wieku, torche secesji, duzo pomieszczen, waskie korytarzyki, drewno… i na absolutnie wszystkich scianach przeszklone gabloty ze starymi, XIX wiecznymi zabawkami. I kelnerzy w wieku 50+ w czerwonych kamizelkach. Dosc dlugo musielismy czekac na wolne miejsca. Zamowilam drinka bezalkoholowego, ale za to z galka lodow pistacjowych =) Pycha. 5?. To byla jedna z najtanszych pozycji ;P

[salbum=17,n,n,left]Potem poszlismy jeszcze przejsc sie po Bairro Alto (bairro - dzielnica, okolica, sasiedztwo; alto - wysoki, polozona wysoko) - dzielnicy waskich uliczek z pubami czesto wielkosci malego pokoiku, w ktorych kupuje sie drinki i wychodzi na ulice, aby wypic go idac do nastepnego baru. Uliczki przez to sa bardzo zatloczone i na kazdym rogu dealerzy usiluja sprzedac ci haszysz i inne rzeczy. W jednym z barow kupilismy drinki, ja wzielam Mojito, drink na bazie karaibskiego rumu, z limonka i mieta, ten mial anyzkowy posmak. Natalia pila tez cos brazylijskiego, z jagodami chyba, bo miala caly jezyk czarny :)

I to by było na tyle z pierwszego dnia…

Mamy nową zabaw(k)ę… :>

0

Posted by Naat | Posted in design, szkoła, weekend | Posted on 04-05-2008

Teatrzyk Pokracznych Istot

 przedstawia:

 

Stwórz Zabawkę

albo:

Natalek zmagań z Solid Works’em ciąg dalszy

 

W rolach głównych:

Slimak samobojca

Kóń bez głowy