25 de Abril

1

Posted by Naat | Posted in weekend, święta | Posted on 25-04-2008

Rocznicę wyzwolenia się Portugalii spod jarzma dyktatury uczciliśmy dniem na plaży.

Nie można w tym momencie nie wspomnieć o tym, dlaczego 25 kwietnia jest ważnym dniem, dlaczego w każdym, nawet najmniejszym portugalskim miasteczku znajduje się plac lub co najmniej ulica 25-go kwietnia (i są takie zapewne także w byłych portugalskich koloniach). Mogłabym tutaj podać link do Wikipedii, ale pewnie i tak nik nie kiwnie palcem, żeby kliknąć, więc będę wstrętną nauczycielką i Wam tu wkleję :P ;)

Rewolucja goździków - wojskowy zamach stanu w Portugalii przeprowadzony 25 kwietnia 1974 przez zakonspirowaną grupę oficerów o poglądach lewicowych i demokratycznych zorganizowanych w Ruchu Sił Zbrojnych w celu obalenia dyktatury następcy Antonio Salazara - Marcelo Caetano. Rewolucja oprócz obalenia Caetano przyniosła dekolonizację portugalskich posiadłości w Afryce i Azji. Na czele Junty Ocalenia Narodowego stanął gen. António de Spínola, a premierem został Vasco Gonçalves. Wydarzenia te zapoczątkowały proces demokratyzacji systemu politycznego w tym kraju.
Nazwa pochodzi stąd, że zamach stanu odbył się w sposób praktycznie bezkrwawy (zginęły cztery osoby, zabite przez agentów tajnej policji PIDE podczas oblężenia jej siedziby), a żołnierzom w lufy karabinów wkładano goździki.

[za Wikipedią, Rewolucja goździków]

Spotkałyśmy się z Nikoliną po 11.00, ale autobus do Foz do Arelho odjeżdżał dopiero o 13.10, poszłyśmy więc na najlepsze lody w mieście, obok parku =) Do Foz dojechałyśmy w niecałe pół godziny, niestety bilet jest dość drogi, jak na tak krótki dystans, bo kosztuje 1.75 euro, więc lepiej jeździć rowerem ;P Tego dnia wyjątkowo, po jakichś trzech tygodniach deszczy, pogoda była upalna. Piasek na plaży tak się rozgrzał, że trudno było po nim iść, szczególnie, że w wielu miejscach był gruboziarnisty lub były małe kamyki. Zanim doszłyśmy do pasma oblewanego przez wodę stopy miałyśmy prawie poparzone - więc jak to będzie, jak się zaczną “prawdziwe” upały? Plażą wzdłuż zatoki doszłyśmy do oceanu i tam się rozłożyłyśmy, jak na patelni :P Oczywiście posmarowałyśmy się kremem z wysokim filtrem. Woda była ciepła jak w Bałtyku latem, myślę, że mogła mieć ok. 18 stopni. Czyli jak dla mnie zdecydowanie za zimna :P Trochę się już zaczęłam nudzić smażeniem się, znalazłam dużo ładnych kawałków muszelek, może da radę z nich zrobić kolczyki :] - kiedy zobaczyłyśmy Sarę i Nikolasa, i to w wodzie! Przyszli do nas, a niedługo potem pojawił się też Rafael ze znajomymi. Na (nie)szczęście po 14.00 zaczął wiać bardzo przyjemny orzeźwiający, pachnący oceanem wietrzyk. Jego niefortunność polegała na tym, że nie czuło się upału i przypiekania słońca… Wszyscy się pospali i dopiero ok. 17.00 Natalia (nie ja ;) ) zarządziła, ze idziemy coś zjeść. Sara zaprowadziła nas do restauracji, w której kiedyś była z Węgrami, ale okazało się, że kucharz jest tam dopiero od 19.00 i mogliśmy zjeść tylko tosty i sałatki. Nikolas z lubością pożarł tradycyjną portugalską potrawę zrobioną z wnętrzności kurczaka - a dokładniej tej jego części, która jest gdzieś w okolicach żołądka i odpowiada za oddzielanie piasku od ziarna, które kura zjada jak sobie łazi i dziobie… a przynajmniej tak nam to tłumaczyła Sara. Trzeba podkreślić, że to nie lada rarytas, ponieważ jest to potrawa z galinha [galinia] czyli z kury/kurczaka, który sobie może swobodnie chodzić i dziobać, a nie z takiego, który jest przemysłowo tuczony, i który tutaj ma nazwę frango. W sklepie galinha jest jakieś 2-3 razy droższa niż frango. My natomiast zamówiłyśmy tosty z serem (tosta do queijo [toszta do kejżo], są też tosty z serem i szynką, które mają jedną nazwę - tosta mista [toszta miszta]) oraz salada russa, czyli sałatkę jarzynową. O siódmej miałyśmy jedyny popołudniowy autobus powrotny do Caldas. Pomimo, że cały dzień się byczyłyśmy, byłyśmy zmęczone, pewnie przez upalną pogodę. W domu rozebrałyśmy się i ze zgrozą zobaczyłyśmy czerwone plamy na naszej skórze - tam gdzie się niedokładnie posmarowałyśmy byłyśmy poparzone… No tak, jednak na serio Portugalczycy nas ostrzegali przed niebezpiecznym portugalskim słońcem ;P

A na koniec moje rysunki (bo nie wzięłam aparatu ;P) z plaży:

Nikolina

Sara

Urodziny Orsi

0

Posted by Naat | Posted in impr, weekend | Posted on 19-04-2008

W piątek odbyła się impreza w domu Any, Sary, Nicholasa i Paula. Przy okazji były to też urodziny Orsi. Fotki - klik poniżej.

Urodziny Orsi

Urodziny Marcio

0

Posted by Naat | Posted in impr, weekend | Posted on 08-04-2008

W niedzielę niemal cały dzień pomagałyśmy Marciowi w przygotowaniach do jego urodzinowej imprezy (czytaj: nic nie zrobiłam do szkoły ;P). Przyszło niewiele osób, jak na ilość, którą Marcio zaprosił… i ogólnie impreza nie była zbyt szalona, wszyscy głównie siedzieli :P Ale było sympatycznie. O północy Natalia podrzuciła pomysł, abyśmy zanim Marcio pokroi tort, sprali go 29 razy pasem :> Ludzie byli zaskoczeni, że w Polsce się takie brutalne zwyczaje stosuje, ale chętnie się zgodzili uczestniczyć w pasowaniu :>

Fotki - kliknijcie poniżej:

Urodziny Marcio

Lusitano u Oriany =)

2

Posted by Naat | Posted in weekend | Posted on 05-04-2008

Pojechałyśmy do Oriany, która mieszka za Nadadouro… Droga jak to w tych okolicach jednolicie - to pod górkę, to z górki (ale w drodze powrotnej to znów pod górkę ;P ). I jak potem sprawdziłam w Google Maps - to jeszcze się okazało, że niezły kawał drogi nadrobiłyśmy:

Droga do Oriany

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - przynajmniej trochę rozruszałyśmy nasze zanikłe mięśnie ;P Oriana ma dwa konie, mieszka w domu Janet, Angielki, którą poznałam dzięki MySpace, a która obecnie jest w Anglii. Oriana przeprowadza się na stałe do Portugalii i gdy weszłyśmy do ich domu pierwszą rzeczą, na jaką się natknęłyśmy była stojąca w drzwiach między kuchnią a jadalnią stara kuchenka gazowa, którą Oriana sprowadziła ze swojego domu w Anglii! Zrobiła to, ponieważ wyniosło ją to taniej, niż gdyby miała kupić kuchenkę tutaj, szczególnie, że jakość tutejszych kuchenek jest podobno dużo niższa (i nie mają one oddzielnego grilla, jak przystało na porządną angielską kuchenkę!). Oriana narzekała także na portugalskie rury hydrauliczne, które są z plastiku zamiast z miedzi oraz na jeszcze coś, ale nie zrozumiałam ;P Mówiła też, że gdy była na promie widziała kolesia, który miał furgonetkę załadowaną po brzegi oknami… Natalia żartowała, że Oriana powinna sobie cały dom z Anglii sprowadzić :] Rozmawialiśmy też o sytuacji Polaków w Anglii, w międzyczasie Oriana poczęstowała nas prawdziwą angielską herbatą z mlekiem i pokazała swoje rzeczy uszyte ze skóry. Szycie i robienie skórzanych rzeczy to jej hobby, ale wcale by się nie obraziła, gdyby mogła na tym zarabiać. Żaliła się, że z powodu (póki co) słabej znajomości portugalskiego nie może pracować w swoim zawodzie inżyniera (o ile dobrze zrozumiałam zajmowała się pisaniem instrukcji użycia różnych sprzętów…), więc żeby dorobić może np. latem zbierać owoce. Na razie jednak skromnie żyje z procentu od wcześniej zainwestowanych pieniędzy. Sprzedaje też swój dom w Anglii, aby kupić dom tutaj.

Jej konie to dwa wałachy rasy lusitano, piękne i ze sporym temperamentem… —> Link do fotek <—

I jeszcze link do wcześniejszych fotek - z wyprawy do miejsc związanych z Pacheco oraz z nocnego spaceru po parku i Caldas.

Óbidos

0

Posted by Naat | Posted in podróż, weekend, święta | Posted on 23-03-2008

Do Nikoliny przyjechała w odwiedziny jej przyjaciółka Annika, która jest w tym roku na wymianie studenckiej w Edynburgu. Rano, czyli o 12.00 ;P zadzwoniły do nas, aby nas wyciągnąć na spacer do Óbidos - bardzo starego i zabytkowego miasteczka położonego niedaleko Caldas. Niedaleko to miało być 5 km stąd… Najpierw zgubiłyśmy drogę w Caldas, bo nie bardzo wiedziałyśmy którędy się do Óbidos idzie ;P Potem szłyśmy i szłyśmy i szłyśmy, w dodatku szosą, bo nie było chodnika (co w sumie zrozumiałe ;P)… i doszłyśmy do drogowskazu, który pokazywał, ze do Óbidos jeszcze 4 km… Wiedziałam, że liczba “5″ będzie podejrzaną jeśli chodzi o odległość między dwoma miasteczkami ;P

W końcu jednak, po ok. 1,5 godzinie, dotarłyśmy na miejsce. Spacer wcale nie był przyjemny, bo:
- wiatr chciał głowy urwać
- świeciło słońce, więc było nam gorąco, ale jednocześnie zimno od wiatru
- niemal każdy samochód, który nas mijał na nas trąbił…

Na szczęście te niewygody wynagrodził nam widok Óbidos, które jest pięknym, słodkim miasteczkiem =) Jest położone na zboczu wzgórza, którego szczyt zwieńczony jest kamiennym zamkiem. Uliczki są wąziutkie i strome, domy wybielone z narożnikami i framugami pomalowanymi błękitem i żółcią, z ceglastoczerwoną dachówką. Jak zwykle, tabliczki z nazwami ulic są zrobione z ceramicznych kafelków z wymalowanymi kwiatami i liśćmi i ręczną typografią. Na każdym wystającym skrawku ziemi rosną kwiaty, a gdy skrawek jest większy - krzewy albo drzewo. Drzewo to często drzewo pomarańćzowe z wielkimi owocami, na widok których cieknie nam ślinka :)~

Óbidos można obejść idąc szczytem murów obronnych. Nie zrobiłyśmy tego, bo chyba by nas wiatr porwał z powrotem do Caldas. Na zamku, na dziedzińcu są dwie sceny z widowniami, widać odbywają się tu imprezy kulturalne. Jest tu też straszliwie obskurna, cieknąca toaleta :P

Szczytem wzgórza od zamku biegnie “główna” uliczka, przy której znajdują się sklepy dla turystów :> czyli z różnymi regionalnymi gadżetami w stylu glinianych kogutów, ceramicznych kubków i kafelków ręcznie malowanych, wyrobów skórzanych i wzorzystych, grubych tkanin.

Gdy już wszystko - jak to japońcy turyści - obfotografowałyśmy, poszłyśmy na lunch do knajpy, tanio nie wyszło, 11 euro od osoby, ale w końcu można w święto zaszaleć ;P Niestety, jedzenie nie było zachwycające. Nikolina i Annika zamówiły stek, który okazał sie być dość krwisty - dobrze, ze my wzięłyśmy coś innego. Kelnerka powiedziała, że to nasze to będzie kebab, okazało się, że dostałyśmy szaszłyki. Do mięsa jak zwykle frytki i ryż oraz surówka. I Vinho da casa, czyli domowe winko :]

Po lunchu nie miałyśmy już siły chodzić, poza tym było zimno i dość późno - a chciałyśmy wrócić do Caldas przed zmrokiem. W drodze powrotnej wiatr był tym gorszy, ze tym razem wiał nam w twarz, a nie w plecy. I oczywiście co chwila faceci na nas trąbili, nawet tacy, którzy jechali z żoną i dziećmi… Cóż, jak to potem podsumował z niesmakiem Marcio: “No a czego się spodziewacie po mieszkańcach tego regionu, którego maskotką jest penis?!”. To fakt - w sklepach z pamiątkami ceramiczne penisy i kiczowate figurki z pokaźnymi przyrodzeniami zajmują honorowe miejsce… ciekawe skąd się wziął ten lokalny symbol?

Kliknijcie, żeby zobaczyć fotki:

Zamek w Óbidos

Batalha [Batalia - po polsku znaczy to samo]

0

Posted by Naat | Posted in kultura, podróż, weekend | Posted on 15-03-2008

Sobota była dniem pełnym wrażeń =)

Rano - przeprowadzka do mieszkania. O 10.15 pod akademik przyjechał taksówką Marcio, żeby nam pomóc z tobołami. Spakowałyśmy się już poprzedniego dnia, żeby rano tego nie robić, bo na pewno byśmy się do 10 nie wyrobiły ;P Wszystko poszło sprawnie i o 11.00 poszliśmy na kawę, a potem “pod królową”, aby spotkać się z Nikoliną i pojechać do Batalhii, gdzie odbywały się targi edukacyjne. Marcio nie zamierzał jechać, ale w ostatniej chwili się zdecydował. Akurat miałyśmy od Sandry jeden dodatkowy bilet na wystawę. W czasie targów spod szkoły odchodził do/z Batalhii darmowy autobus szkolny.

[sthumbs=86|87|88|89|90|91|92|93|94|95,160,3,y,none,both]

Jechaliśmy godzinę do Batalhii, autobus zatrzymał się pod halą targów. Okazało się, że do miasteczka są jeszcze 3 km. Zaczęliśmy iść drogą szybkiego ruchu i usiłowaliśmy złapać stopa. Gdy przechodziliśmy przez dojazdową uliczkę, akurat podjechał jakiś starszy, bogaty (duże auto ;P) pan i Marcio podszedł do szyby i zapytał się, czy by nas nie podwiózł - a tamten się zgodził :) Wylądowaliśmy w centrum malutkiej Batalhii, tuż pod klasztorem. Zespół klasztorny robi ogromne wrażenie, to przepiękny przykład gotyku. Kościół jest ogromny, wnętrza nieskażone barokowym przepychem. Gdy wyszliśmy głównym portalem z kościoła okazało się, że właśnie odbył się w nim ślub i Marcio akurat znał kilkoro weselników, i to w dodatku nie z Caldas, tylko z Lagos (taki ten świat mały ;) ).

Poszliśmy na poszukiwanie miejsca, gdzie można by coś zjeść. Chyba z godzinę się kręciliśmy po tej mieścinie i weszliśmy do każdej możliwej knajpy. W końcu zostaliśmy w jednej. Dania wydawały się dość drogie - minimum 7 euro za każde, ale okazało się, że w Portugalii najczęściej podaje się potrawy na półmiskach, tak, że z jednej serwowanej porcji mogą spokojnie najeść się dwie osoby. Zamówiliśmy trzy dania i jeszcze desery i nie udało nam się wszystkiego zjeść.

[sthumbs=96|97|98|99|100|101|102|103|104|105|106|107|108|109|101|102|103|104|105|106|107|108|109|110|111|112|113|114|115|116|117|118|119|120|121|122|123|124|125|126|127|128,160,3,y,none,both]

Po tym obfitym posiłku potoczyliśmy się z powrotem do klasztoru, aby zwiedzić krużganki i dwa ogrody.

[sthumbs=129|130|131|132|133|134|135|136|137|138|139|140|141|142|143|144|145|146|147|148|149|150|151|152|153|154,160,3,y,none,both]

W drodze powrotnej na przystanek znów łapaliśmy okazję i zatrzymał się gość w furgonetce… Marcio oczywiście wpakował mu się do szoferki a nam została jazda na “pace” ;P Wiało straszliwie, ale na szczęście droga była krótka. Wysiedliśmy i mieliśmy jeszcze ponad dwie godziny do przyjazdu autobusu, więc poszliśmy zobaczyć te targi edukacyjne, które początkowo miały być głównym celem naszej wycieczki ;P

W dwóch pawilonach wystawiały się szkoły policealne z całej Portugalii, w tym jeden z nich w całości zajmowała Politechnika w Leirii (IPL) - szkoła, której wydziałem jest nasza ESAD.CR. Na samym początku trafiliśmy na stoisko jakiejś szkoły masażu i Marcio załapał się na pokazówkę masażu :] Natalia spotkała swojego nauczyciela od Industrial Design, Miguela Batistę. Gdy ich zauważyłam i zrobiłam im zdjęcie i do nich podeszłam Basista mnie ucałował na powitanie (szok) - Natalia potem mi powiedziała, ze ją też chciał ucałować, ale jakoś się odsunęła i tego uniknęła ;P Co to za zwyczaje obcałowywać studentki poza szkołą? ;P No ale w Portugalii wszyscy, nawet dopiero co poznani ludzie (zamiast podania ręki), się całują na powitanie i pożegnanie - i pamiętajcie - ZAWSZE DWA RAZY, w oba policzki!

[sthumbs=155|156|157|158|159|160|161|162|163|164|165|166|167|168|169|170|171|172|173|174|175|176|177|178|179,160,3,y,none,both]

Włóczyliśmy się po wystawie długo, a i tak do odjazu autobusu zostało dużo czasu, więc poszliśmy do shopping mall’a naprzeciwko i obejrzeliśmy co sprzedają w Rino - to sieć drogich sklepów z rzeczami do wystroju wnętrza. W końcu doczekaliśmy się na autobus i wróciliśmy do domu. Ale spać poszłam i tak około 3.30 ;P bo oglądaliśmy strasznie kiepski film… jak poznam tytuł to wpiszę tu ku przestrodze :>

Leniwa niedziela

0

Posted by Naat | Posted in weekend | Posted on 09-03-2008

Trochę mi się dzisiaj nudziło - żadnych lunchy, dinnerów, popołudniowych kawek ani wieczornych piw ;P

Poszłyśmy na pchli targ, który w tą niedzielę był w Caldas, a w poprzednią w Obidos (małym zabytkowym miasteczku, do którego jeszcze nie zdążyłyśmy pojechać - planujemy w przyszłym tygodniu). Niestety targ nas rozczarował - Natalia już wyobrażała sobie mnóstwo kramików z przeróżnymi dobrami od ciuchów przez plastikową biżuterię po dziwne przedmioty sprzed wieków i ciepłe bułeczki ; )))) A tymczasem było kilkanaście stoisk ze starymi meblami (żeby nie powiedzieć antykami ;P), książkami (fajnie, tylko szkoda, że wszystkie po portugalsku) i zastawą stołową. Targ staroci i to niekoniecznie ciekawych ;P

[sthumbs=74|75|76|77|78|79|80|81|82|83|84|85,160,3,n,none,both]

Jak wróciłyśmy to podliczyłyśmy zeszłotygodniowe wydatki się załamałyśmy tym, ile pieniędzy wydałyśmy. Trzeba opracować jakąś metodę oszczędzania!

Naleśniki i ocean

4

Posted by Naat | Posted in weekend | Posted on 08-03-2008

Rano był plan pojechania rowerami na plażę. Umówiłyśmy się o 10.30, ale pogoda była mało obiecująca i Marcio zadzwonił przekonać nas, ze dziś jednak nie warto jechać, bo zaraz będzie padać. I rzeczywiście zaczęło. Poszłyśmy wszyscy do niego i Werinki zrobić naleśniki. Po drodze pogoda się baaardzo poprawiła, co oczywiście było pretekstem, żeby trochę nadokuczać Marciowi, że nas okłamał i za karę ma posprzątać ;P Naleśniki wyszły pyyyszne, bo kupiłyśmy do nich mus wanioliowy i czekoladowy, dżem truskawkowy i bitą śmietanę, były też banany jabłka i melon, słowem - nektar i ambrozje ;)

[sthumbs=42|43|44|45|46|47|48|49|50,160,3,n,none,both]

Pogoda była w miarę dobra, więc zdecydowaliśmy się jednak pojechać rowerami nad ocean. Droga jest prosta - cały czas prosto ;P Niestety raz się jedzie pod górę, raz w dół… 8 km przejechaliśmy w ok. 40 minut. Nad oceanem najpierw było bardzo przyjemnie, słonecznie i ciepło, akurat gdy siedzieliśmy i piliśmy kawę… gdy poszliśmy połazić po plaży zaczęło wiać i zrobiło się zimno.

[sthumbs=51|52|53|54|55|56|57|58|59|60|61|62|63|64|65|66|67|68|69|70|71|72|73,160,3,n,none,both]